Xenna uwielbiała Kraków. Nie pamiętam już dlaczego, ale miała do niego jakiś sentyment. Ja za tym miastem nie przepadam, owszem są fajne i tanie knajpy, ale nie czuję się tam anonimowo, a anonimowość daje mi poczucie bezpieczeństwa. Dlatego dobrze się czuję w Warszawie, gdzie można się zgubić, albo na zadupiach, gdzie nie ma szansy spotkania znajomego ryja. Czytaliście taką książkę murzyńskiego pisarza Ralpha Ellisona „Niewidzialny człowiek”? Jeśli nie, to polecam – dobra rzecz o anonimowości. Jestem niewidzialny, ale nie ślepy. Każdy by tak chciał. Nie mam już imienia, nie mam już przyszłości, nie mam już nazwiska, nie mam znajomości (TZN Xenna). Choć lubię poklask, to przecież ludzie nie muszą wiedzieć kim jestem, by mnie podziwiać, nie? Nigdy nie miałem stałego miejsca zameldowania, miejsca zatrudnienia, wydając książki posługiwałem się czterema pseudonimami, ale nigdy własnym nazwiskiem. Nie ma mnie na liście lokatorów, w książce telefonicznej, mój numer komórki jest zastrzeżony, a konto e-mailowe mam na Onecie. Oczywiście X ludzi zna mnie z imienia i nazwiska, czasem daję się namówić na wykład, wyjazd zagraniczny czy spotkanie ze studentami. Z czegoś w końcu muszę żyć, choć tantiemy z książek w sumie i tak pozwalają opłacać czynsz, paliwo i rachunki telefoniczne, wystarczają na alkohol, imprezy, podróże, hotele. Nie przywiązuję się za bardzo do kasy, nie mam lokat, obligacji skarbu państwa, nie gram na giełdzie. Wydaję zwykle tyle, ile przychodzi na konto, a jeśli już zbierze się większa sumka to zaraz planuję jakąś dużą imprezę. W Krakowie trudno o anonimowość, tam wiecznie się na kogoś natykam, dlatego pijam tam w najpodlejszych knajpach, gdzie tylko menelstwo siedzi. Zatem wzięliśmy tani hotel i poszliśmy do podrzędnej knajpy, w której jacyś młodzi długowłosi brzdąkali na gitarach. Okręt mój płynie dalej, gdzieś tam. Serce choć popękane, chce bić. Xenna śmiała się, gdy przyłączyłem się do nastolatków, by z nimi śpiewać balladę Kata. Nie ma mnie i nie było, jest noc. W barku mieli złotą tekilę! Poleciałem do sklepu po kilogram pomarańczy i cynamon wprowadzając miłą panią za barem w zdumienie. Nie miała pojęcia, że tak się pije złotą tekilę, chciała ją profanować cytryną i solą. Xenna wiedziała, bo to nie była nasza pierwsza złota. A tak w ogóle, to właśnie sobie przypomniałem, że ta mała jest mi winna butelkę tekili przegraną w jakimś zakładzie! Szkoda, że teraz nie możemy wypić jej razem, tak bym chciał znowu poczuć zapach jej ciała, znów ją przytulić mocno i spokojnie zasnąć obok. Wtedy jednak piliśmy na umór, zwłaszcza że wcześniej mocno się pokłóciliśmy. Nie będę już relacjonował o co, bo zachowałem się brzydko i nawet w tym miejscu wolę się nie przyznawać do takich spraw. Zresztą nie był to pierwszy i nie ostatni raz, kiedy potraktowałem Xennę w sposób podły i żadne dobre uczynki wcześniejsze i późniejsze grzechów mych nie zmażą. Będę się smażył w piekle, którego przedsmak miałem tamtego wieczora – Xenna obrażona. „Chuj ci w dupę razem ze szkłem, aby nie było za przyjemnie” – napisała mi na serwetce. Obrażona, ale rozbawiona, bo jak tu nie bawić się dobrze, gdy są piwo, tekila i banda śpiewających wyrostków. A do tego świadomość, że rano luz, że nie trzeba nigdzie iść, z nikim gadać, można wylegiwać się do dziesiątej i gładzić xennusiowe pośladki. Piliśmy zatem w atmosferze trochę napiętej, a trochę już rozładowanej. Kurczę, tak na marginesie, piekło z Xenną mogłoby nie być takie złe... a przecież ona tam na bank ze mną trafi, co najwyżej kilka lat będę musiał poczekać, smażąc się samotnie na belzebubowym rożnie.
Z knajpy pojechaliśmy od razu do hotelu – wielki moloch przy stadionie Wisły, meble z lat siedemdziesiątych, łóżko za małe, pościel poprzepalana petami, pożółkłe firanki, w łazience rura prysznica wystaje bezpośrednio ze ściany, stoisz na kaflach i stopy marzną, w dodatku ryzykujesz grzybicę. Ale co tam! Mam ją przy sobie, to mi wystarcza. Zresztą to nasza nie pierwsza i nie ostatnia noc w hotelu Krakowiak. Ale zdecydowanie najgorsza. Xenna upiła się agresywnie. Chyba po raz pierwszy, potem miała takie jazdy znacznie częściej. Po alkoholu palma jej odbijała – wyzywała Bogu ducha winnych ludzi, nade mną się znęcała, wykrzykiwała bzdury i nic do niej nie trafiało. Zaczęła prowokować mnie do seksu. Okay, nawet miałem ochotę, zresztą zawsze miałem na nią ochotę. Jakiś kompletnie zakręcony seks, ja za dużo wypiłem, więc nie mogę skończyć, ona szaleje. Nagle przerywa i zaczyna drzeć ryja na cały hotel, że ją gwałcę. Ja pierdolę, od razu mi przeszła ochota na wszystko, przyduszam ją poduszką, żeby tak się nie darła, a ona gryzie, kopie, drapie i ciągle swoje, że ją gwałcę. A w tym hotelu ściany są jak z dykty przecież i w chuj osób mieszka na każdym piętrze. Ktoś zaczyna walić do drzwi, ja się pocę ze strachu, myślę że zaraz wezwą policję, bo co z tego, że jestem niewinny? Jak się wytłumaczę, skoro ta idiotka ma całą twarz we łzach i ciągle swoje powtarza. Pewnie nie trwało to bardzo długo, dość jednak, by mi ten wieczór zapadł w pamięci. A wiecie co? Rano niczego nie pamiętała, albo kłamała, że nie pamięta, bo z nią nigdy nie było wiadomo, kiedy zmyśla, a kiedy mówi prawdę. Zjedliśmy śniadanie na wielkiej sali, wydawało mi się, że każdy na nas patrzy, ręce mi się trzęsły, a ta radosna jak skowronek. No trudno, oczywiście przebaczyłem.
Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że ona też wybaczała, a grzechów każde z nas miało bagaż. Ja nawet jakby więcej.
Tak sobie trochę skaczę po różnych naszych wybrykach, gubiąc chronologię, co do końca uczciwe nie jest, bo jednak nasze relacje na przestrzeni tych miesięcy zmieniały się – ja miękłem, a ona robiła się coraz bardziej harda. Tak to można ująć w skrócie, a co i jak, i dlaczego, to jeszcze pewnie wyjaśnię. W stosownym miejscu, znowu gubiąc przeklętą chronologię, która dla mnie dziś nie ma znaczenia, bo i tak ten okres z Xenną zlewa mi się w jedną całość, z której wyłaniają się poszczególne obrazki – to straszne, to śmieszne.
W Krakowie spędziliśmy też kiedyś miłą noc, w tym samym hotelu, w ogóle bez seksu, wtuleni w siebie, oddychający równo, nawet w miarę trzeźwi, nawet w miarę zakochani w sobie. To był o tyle dziwny wieczór, że zamiast szukać spelun, chodziliśmy po Rynku i odwiedzaliśmy najbardziej modne lokale. Pod Jaszczury nie bardzo mnie chcieli wpuścić, bo nie mogłem się wykazać legitymacją studencką (Xenna takową miała), w końcu jednak weszliśmy. Na chwilę odbiegając od tematu: dziwią mnie tego typu absurdy – rozumiem, że się nie wpuszcza gówniarzerii, albo dresiarzy, ale co ja tam komu szkodzę? Kiedyś nie wpuszczono mnie na mecz piłkarski, bo się okazało, że nie mam legitymacji klubu kibica. I na nic zdało się tłumaczenie, że stadion demolują właśnie ci, co są w tym klubie, a stateczny pan raczej krzesełek nie wyrywa. Bramkarz przed Jaszurami był bardziej kumaty i weszliśmy. W środku ścisk, dicho, na parkiecie małolaty, z których mało która wygląda na studentkę, już prędzej na gimnazjalistkę. W barze drogo. Wypijamy jedną szklankę wódki z tonikiem, potem drugą, trzecią. Nudno tu. Xenna nie chce tańczyć. To zresztą charakterystyczne, ona ze mną lubiła tańczyć tylko pogo. Kiedyś poszliśmy na jakąś imprezę w stylu dyskoteka w Warszawie do Hybryd i po dziesięciu minutach wyciągnęła mnie z parkietu twierdząc, że nie chce się za mnie wstydzić, bo ja tańczyć nie umiem. Ano nie umiem, ale lubię i trochę szkoda, że nigdy nie tańczyliśmy ze sobą, co najwyżej skakaliśmy i odpychaliśmy się na koncercie czy w domu po dużej ilości alkoholu przy nastawionym na cały regulator punk rocku. Z Jaszczurów wyszliśmy odetchnąć jesiennym powietrzem. Zabrałem ją do Piwnicy pod Baranami. Nie wiem, co mi odbiło, bo to knajpa dla zgredów. Od lat siedzi tam wesoły barman – pan Paweł, z zawodu bibliotekarz – który najpierw łypie spode łba, potem złośliwie puentuje gościa, a jak już się zapomni to szpanuje galerią swoich krawatów. Przy stolikach albo turyści, albo pseudoartyści. Nie chcę być niesprawiedliwy, w sumie rzadko tam bywam, zresztą w bocznej sali po prawej stronie od wejścia atmosfera jest już zupełnie inna. Tam też ją pociągnąłem, usiedliśmy w kącie, mężczyzna w czerni grał na pianinie, przy nim piękna kobieta. My pijemy teraz piwo. On gra taką starą piosenkę, którą pamiętam z lat, gdy byłem szczeniakiem. Ragacco da Napoli zajechał mirafiori, na sam trotuar wjechał kołami, nosem prezent poczułaś, już taka jesteś czuła, że pomyślałaś o nim Bel ami. Nie wiem, kto to komponował, ale znam tekst na pamięć. Facet w czerni (man in black) brzdąka, ja się przyłączam i śpiewam, choć talentu wokalnego u mnie nie ma. Xenna się wtula, mruczy zadowolona. Jest szczęśliwa, bezpieczna, zakochana. Taki miły wieczór. A co, i takie się zdarzały, nie tylko hard core był.
hmn...chyba kupie sobie ksiazke. Siedzw wlasnie w pracy i zajebiscie sie nudze wiec szperam po necie(na sluchawkach leci maleo) i wpadlem na wywiad z Panem Golebiewskim (sam mam takie nazwisko) ktory mnie zaintrygowal a po przeczytaniu tego fragmentu rodzi sie we mnie ciekawosc tresci Pana ksiazek chyba skocze po ,,robocie'' :)) do empiku...a co do Pana przekonan mogbym dyskutowac dlugie godziny(tez nie chce poddac sie regolom babilonu)....chyba tyle chcialem powiedziec.......
pozdr. Piotrek