Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. Złam prawo - fragment części II
2. Mrówa-punkówa
3. Xenna na ekranie
4. Xenna - alternatywne zakończenie
5. Chaos i świńska skóra
6. Disorder i ja
7. Kolejny projekt okładki
8. Kabotyn Rotten, Sex Pistols dziady
9. Jarocin 2008
10. Sylwia
Wydawnictwo Jirafa Roja
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Kwartalnik Literacki Wyspa
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Witold Horwath
Wydawnictwo Jirafa Roja
Wydawnictwo Primavera
Xenna Moja Miłość
 
Xenna - fragment z II części Sobota, 13 Stycznia, 2007
Disorder
  Z Weroniką nie było żadnych ceregieli
Z Weroniką nie było żadnych ceregieli. Zjedliśmy obiad w japońskiej restauracji Manda przy Puławskiej. Na przystawkę sushi i sushimi, wpakowała sobie mnóstwo wasabi do buzi – co to takie zielone? – i zaczęła się krztusić, a czarne oczy zaszły jej łzami. Słodka. Odradziłem konsumpcję marynowanego imbiru. Oczywiście nigdy niczego podobnego nie widziała. Zamówiłem po kaczce plus jakąś zupę z makaronem ryżowym, nie pamiętam już co. Śmiała się patrząc jak operuję pałeczkami, wyławiając kawałki mięsa i klusek. Gadaliśmy o byle czym, nie potrafiłem słuchać paplania żony, ale nie przeszkadzały mi głupie rozmowy z obcymi pannami. Przeciwnie, bawiło mnie „dostrajanie się” do ich częstotliwości. Do Weroniki dostroiłem się od razu, zresztą była sympatyczna i w sumie dość małomówna. Opowiedziała, że skończyła zawodówkę, że jest krawcową, że w Radomiu nie ma pracy, nie ma przyszłości, nie ma widoków na fajnego męża. Odpowiedziałem, że ja już jestem żonaty, ona, że jej to nie przeszkadza, że w sumie lubi żonatych facetów, ale w oczach widziałem rozczarowanie. No nieźle, pomyślałem, masz ponad cztery dychy na karku, a tu śliczna dziewiętnastolatka liczy, że zostaniesz jej mężem. Świat nie jest zły. Przyszłość należy do nas. Amen.
Zamówiłem dla siebie zieloną herbatę, dla niej sake. Sam bardzo lubię ciepłą sake, ale przyjechaliśmy samochodem, więc z alkoholem, nawet tak słabym, wolałem poczekać. Na razie robiłem sobie coraz większy apetyt na tę małą, więc bez zbędnych ceregieli zaproponowałem, żebyśmy wpadli do mnie. Udawała, że się kryguje, bąknęła, że tylko na chwilę, ja jej na to pierdoły, że pooglądamy zdjęcia z moich podróży, posłuchamy muzyki, że koniecznie musi zobaczyć jak mieszkam. Wynajmowałem wtedy pracownię niedaleko Placu Bankowego, niewielkie mieszkanko po to, żeby mieć gdzie uciekać od jędzy-żony. Trzymałem tam książki, ulubione płyty i ogromne zapasy alkoholu. Obskurny blok na tyłach urzędu paszportowego, wejście od Alei Solidarności, wstrętna klatka schodowa, ale mieszkanie schludne na pierwszym piętrze, z balkonem i widokiem na małe podwórko.
Wrażenie zrobiła na niej moja biblioteka, a tak naprawdę przecież był to tylko wycinek księgozbioru, który przez lata zgromadziłem – resztę trzymałem we własnym mieszkaniu, w którym babsztyl pewno oglądał właśnie wieczorny serial. O encyklopedia! – wyraziła ni to zdziwienie, ni to entuzjazm, że widzi coś znajomego. A tam słownik frazeologiczny, chciałem powiedzieć złośliwie, ale ugryzłem się w język i wyciągnąłem wielki album ze zdjęciami, zapraszając żeby usiadła na materacu. Zapaliłem świece zapachowe, włączyłem jakąś spokojną muzyczkę, chyba Cocteau Twins, moją ulubioną płytę „Victorialand” z 1986 roku. Nie da się ukryć, że cały czas słuchałem staroci, jak jakiś mamut. Pewnie dziewczyna poczuła się tak, jak ja bym się poczuł w jej wieku, gdyby mi ktoś puścił „Yesterday” Beatlesów. Popukałbym się w czoło. Nalałem sobie dużą szklankę tekili bez bawienia się w sól i limonki, ona poprosiła o piwo. Nie ma sprawy, jest i piwo. Nie ma cukru, nie ma kawy, ale jest piwo, jest i wino białe lub czerwone, jest wódka czysta i ziołowa, są nawet likiery – baileys i kahlua, kilka butelek whisky, trzy rodzaje dżinu, zapas tekili jest, Josè Cuervo rzecz jasna, bo lubię ją najbardziej, a z wiekiem zaczynam mieć wymagania. Jest mezcal z Oahaki i zielony absynt z Tel Awiwu, osiemdziesięcioprocentowy, zatykający oddech, pachnący piołunem, nie anyżkiem jak te francuskie i hiszpańskie wynalazki. Mam też w barku prawdziwy rarytas, przynajmniej dla mnie, węgierskie unicum – wspaniała gorycz w ustach, cierpkie, a słodkie jednocześnie, palące delikatnie, trunek, który można pić i pić do upadłego, jedyny ziołowy likier, który nigdy mi się nie nudzi, lepszy niż fernet, rapid, becherovka, nie mówiąc już o niemieckim szajsie w rodzaju jägermaister. Tak po prawdzie to whisky trzymam dla gości – pospolite gatunki, czerwony Jaś Wędrowniczek, ballantine’s i Jim Beam, sam tego świństwa nie piję, tak samo jak bourbona. Nie lubię też koniaków, mam dla gości metaxę, ale na henessy’ego czy nie daj Boże Remy Martin, szkoda mi kasy, a jedynego, który mi smakuje – Araratu z Armenii dostać ostatnio nie można. Osobny temat to rum – nie trawię, nie mam pojęcia, jak to można pić bez obrzydzenia, bo że tak w ogóle pić można wszystko, to wiem doskonale. Oddaliłem się na chwilę od mojej młodziutkiej Weroniki, ale widok barku mnie tak rozmarzył. Kolekcjonowałem alkohole, robiłem zapasy niczym chomik, w dodatku niechętnie udostępniałem zasoby, a już na pewno nikomu nie pozwalałem na samoobsługę. Wybierałem co gościom poleję, jak kogoś nie lubiłem to oczywiście whisky, albo wręcz żołądkową gorzką czy wstrętną paprykówkę, żeby niechciany typ nie nabrał ochoty zabawiać dłużej. Nie muszę chyba dodawać, że byli tacy, którzy i najgorsze trunki, jak choćby hiszpańskie brandy o dźwięcznej nazwie toro, albo słowacki rum, przyjmowali z aprobatą. Powrócę jednak do moich upodobań. Otóż oczywiście numer jeden to Josè Cuervo, miałem do tej tekili oryginalne caballitos i zawsze zapas limonek, bo po okresie młodzieńczych szaleństw starałem się nie pić tekili z cytryną, a już na pewno nie mojej ulubionej Josè Cuervo. Unicum piłem od święta, przyznaję, trochę na zasadzie specjalnej nagrody przyznawanej samemu sobie. Poza tym grappa, o grappach można wiele napisać, bo jedna drugiej nierówna, inne są włoskie, inne hiszpańskie, a przecież jest wspaniała cypryjska ziwanija, południowoamerykańskie pisco, są grappy z białych i czerwonych winogron, ech, to sobie naleję kieliszeczek. Czasami, rzadko, mam ochotę na dżin. I tu was zadziwię, piję schłodzony dżin czysty, bez toniku, bez sprite’a, niczym czystą wódkę. Skoro jesteśmy przy wódkach to najlepiej mi wchodzi siwucha, oczywiście też bols, wyborowa i finlandia, ale nie lubię wynalazków w rodzaju żołądkowa gorzka; no chyba, że ta z miętą. Polecam wyborową o smaku jabłkowym, sam się zdziwiłem, że tak fajnie smakuje, natomiast odradzam wódki pomarańczowe, z wiekiem też przestałem lubić cytrynówki, nie wiem w sumie dlaczego. Cachaça, brazylijska wódka z trzciny cukrowej, mam w barku butelkę pitu – litr przezroczystego płynu o mocy 40 volt. Piję pitu lub inne odmiany cachaça, w formie czystego destylatu, choć przyznaję, że wolę zbełtane z limonkami, cukrem i dużą ilością lodu, w barze to się nazywa caipirinha, jedyny drink, jaki naprawdę wypijam z radością. Dawno temu ostro nawaliliśmy się caipirinhą z Xenną i jej bratem. Na zmianę siekaliśmy limonki, a każdy drink był mocniejszy od poprzedniego. Litr pitu wypiliśmy wtedy w trójkę w niecałą godzinę i oni kompletnie odlecieli, a mi było jeszcze mało, więc doprawiłem się piwem. Ale to stare dzieje, po Xennie pozostało mi tylko wspomnienie, które kryję w butelce z cachaçą i wlewam właśnie do kieliszka, spoglądając coraz bardziej mętnym wzrokiem na siedzącą obok Weronikę. Przeglądamy zdjęcia, opowiadam jej o różnych miejscach, o ludziach, o imprezach, w sumie dobrze się bawię, obok mnie śliczna dziewczyna popija grão vasco, czerwone portugalskie wino, 130 złotych butelka, ale nie żal go dla niej, takiej młodej, takiej spragnionej świata. Proponuję jej baileysa, przyznam, że sam lubię ten likier, chętnie sięga po kieliszek, a ja znowu staję przed moim barkiem i myślę co dalej? Co dalej z Weroniką, to wiem, ale co będę pił? Chyba jednak znowu srebrną Josè Cuervo, a co tam. Przesądni ludzie wierzą w to, że alkoholi nie wolno mieszać. Ja zawsze mówię, że alkoholu nie można pić w za dużych ilościach, niezależnie czy mieszasz, czy pijesz tylko wódkę czystą – efekt po odpowiedniej dawce zawsze jest taki sam – zejście. Rzecz jasna sam zawsze piję za dużo, bo nie umiem inaczej.
Nastawiam głośniej Cocteau Twins, psychodeliczna muzyka i słodki głos Elizabeth Fraser, która śpiewa słowa w wymyślonym języku. Brzmi to trochę orientalnie. Mam lekko w czubie. Tańcz, mówię do Weroniki. Kiedy nie umiem przy takiej muzyce, odpowiada, nie ma się co dziwić, że nie umie, ma dziewiętnaście lat, nikt dzisiaj takich rzeczy nie słucha, sęk w tym, że ja nie mam innych płyt, same starocie. Sam się przez chwilę czuję jak staroć, który nie potrafi odnaleźć się w nowych modach, który nadaje na innych falach, ale pieprzę to, myślę, jest taka fajna atmosfera, jak można nie umieć tańczyć przy Cocteau Twins. Sam zaczynam się wić na środku pokoju ze szklanką – wciąż piję ze szklanki – tekili w ręku. Tańcz!, krzyczę, a głos mój nie dopuszcza sprzeciwu. Więc biedne dziewczę wstaje i też zaczyna się wić nie bardzo wiedząc jak, ale porusza ponętnie pośladkami, a tyłeczek ma prawie tak śliczny jak moja Xenna. Siadam zadowolony na materacu, stawiam obok siebie butelkę, pilotem podnoszę poziom decybeli, rozbieraj się, mówię. Kiedy ja się wstydzę, odpowiada, a na buzi ma rumieniec. Naprawdę się wstydzi, nie ma czego mówię jej, bo i szczerze nie ma czego, takie ciało to skarb i trzeba je pokazywać. Weronika jest w dżinsach i koszulce, która kończy się nad pępkiem. Ma śliczny wklęsły brzuszek. Rozpina guzik u spodni i dalej tańczy, a ja się gapię, podnosi trochę bluzkę, ale tylko kilka centymetrów, odwraca się tyłem i kręci pośladkami, jest niemożliwa. Chciałbym się poderwać, chwycić ją za ten tyłek, ale jestem już dość pijany i nie bardzo mam energię, by wstać z materaca. Wstydzę się, powtarza, widzę, że nie ma zamiaru sama ściągnąć ciuchów, ale bawi ją ta sytuacja i chyba trochę podnieca, zwłaszcza, że widzi jak na moim kroczu wybrzuszyły się dżinsy. Chodź, mówię jej i wyciągam rękę, Weronika podchodzi, pozwala się przyciągnąć, pozwala się mocno objąć, ale odwraca usta, gdy chcę ją pocałować. Wsuwam zatem język w jej ucho i głaszczę kark, schodzę palcami niżej, zsuwam się wzdłuż kręgosłupa, wkładam obydwie ręce pod bluzkę, jest bez stanika, delikatnie moje dłonie wędrują w stronę jej małych piersi. Dopiero co byłem brutalny, teraz chyba zaskoczyłem ją łagodnością tego dotyku. Nie są za małe?, pyta mając na myśli piersi. Odpowiadam, że lubię takie, że są okay, że nie wszyscy mężczyźni lubią blondynki z wielkim biustem. Czyli podoba ci się kolor moich włosów? Jasne, że mi się podoba, kolor oczu też, w ogóle jesteś piękna, gadam i masuję mocniej jej sutki. Znowu chcę ją pocałować i znowu nie pozwala mi na to, więc zdejmuję z niej bluzkę i zaczynam delikatnie pieścić językiem piersi, a wolną ręką rozpinam guziki levisów. Nie protestuje, gdy ściągam z niej spodnie, nie protestuje, gdy zanurzam palec w jej cipce, odchylając kawałek koronkowych stringów. Ale nie wzdycha, jest umiarkowanie wilgotna i wciąż nie daje się całować. Siada i zaczyna zdejmować ze mnie ubranie – najpierw koszulę, potem spodnie, wyjmuje mojego kutasa i wprawnie zaczyna pieścić. Weź go do buzi – proponuję; to załóż gumkę – odpowiada. Wszystko to trochę beznamiętne jak na mój gust, ale może takie teraz są nowoczesne laski, w końcu stary zgred ze mnie, to czego oczekuję. Wkładam kondoma, a dziewczyna zaczyna pompować. Chcę ją namówić na seks, mówię, żeby przestała, że chcę się z nią kochać, ale odpowiada mi, że następnym razem i dalej ciągnie. Okay, nie protestuję, w sumie lubię to najbardziej, więc niech obciągnie do końca, zdejmie gumkę, obetrze mi członka ręcznikiem papierowym, a ja sobie pociągnę wtedy kolejny duży łyk tekili i może nawet zapalę pierwszego od kilku dni papierosa.
Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Niedziela, 14 Września, 2008 kaczus
pamietnik polglowka
Odpowiedz
Idiota
Czwartek, 6 Września, 2007 nola nolanola@o2.pl
hello
Odpowiedz
uwielbiam unicum. lekkie uczucie palenia i ten gorzki posmak.
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Wpisz Kod *
Dodaj
AntyRadio - Radio BEZ Zasad
 
Creative
Commons License Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne 2.5 Polska
Analiza oglšdalności witryny © 2007 Biblioteka Analiz Sp. z o.o.
Serwis optymalizowany do 800x600+ | IE/Mozilla FF | kodowanie iso-8859-2