Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. Złam prawo - fragment części II
2. Mrówa-punkówa
3. Xenna na ekranie
4. Xenna - alternatywne zakończenie
5. Chaos i świńska skóra
6. Disorder i ja
7. Kolejny projekt okładki
8. Kabotyn Rotten, Sex Pistols dziady
9. Sylwia
10. Jarocin 2008
Wydawnictwo Jirafa Roja
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Kwartalnik Literacki Wyspa
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Witold Horwath
Wydawnictwo Jirafa Roja
Xenna Moja Miłość
Moim zdaniem
Poniedziałek, 8 Marca, 2010
Kartka z Izraela (4)
Disorder
Nad Morzem Śródziemnym Izrael jest najbardziej zielony, tu znajdują się największe miasta, porty a także liczne zabytki - zarówno pamiętające czasy rzymskie jak i wielkie twierdze krzyżowców. W Aszdod, Aszkelonie i Hajfie ulokowane są porty morskie. Nad samym morzem leży oficjalna stolica Tel Awiw oraz przylegająca do niego stara Jaffa z wąskimi brukowanymi uliczkami, które zamiast nazw mają znaki Zodiaku. Wielki, nowoczesny Tel Awiw powstał zaledwie w 1909 roku, na pustynnej ziemi odkupionej od Turków. Zaczęło się od namiotów. - Pamiętam, kiedy tu przyjechałem z rodzicami, stało zaledwie kilka domów wzdłuż głównej ulicy, była szkoła, synagoga, a wokół namioty. My też spaliśmy w takim namiocie, zresztą wiatry były tak silne, że zrywało je, więc wkrótce przenieśliśmy się do kibucu - wspomina Amos, mój izraelski przewodnik.
Jadąc na północ od Tel Awiwu w stronę Hajfy, drugiego pod względem wielkości miasta w Izraelu, warto zatrzymać się w Cezarei Morskiej. 2000 lat temu był to największy port Morza Śródziemnego, wspaniałe, bogate miasto zbudowane przez Heroda Wielkiego. Zachowały się m.in. ruiny portu, amfiteatru, hipodromu, pałacu, fortyfikacji, a także późniejsze budowle z okresu wypraw krzyżowych. Podziwiać można także długi akwedukt, częściowo zakryty przez wydmy, gdyż ciągnie się wzdłuż plaży.
Dalej mamy ogromną, nowoczesną Hajfę z kolorowymi ogrodami bahaistów (sprawdźcie sobie w Wikipedii, co to bahaizm), a jeszcze dalej - Akka, jedno z najciekawszych miejsc związanych z obecnością krzyżowców na tych ziemiach. To wielka twierdza (ostatni bastion krzyżowców), świetnie zachowana dzięki temu, że znaczna jej część przez stulecia znajdowała się pod ziemią, strzeliste sale, podziemny korytarz wiodący do kaplicy i wyprowadzający do portu. Sam port tętni życiem, wokół arabskie bazary - mienią się złotem, srebrem, rubinem, szmaragdem, pachną kawą, kurkumą, szafranem, zatarem i bogactwem innych ziół oraz korzeni. W cieniu straganów można spędzić wiele godzin, popijając sok z granatów, zajadając słodką baklawę lub pistacje czy migdały w nugacie. Więcej...
Skomentuj
Niedziela, 7 Marca, 2010
Kartka z Izraela (3)
Disorder
Morze Martwe właściwie jest jeziorem, położone jest w depresji - 400 metrów poniżej poziomu morza. Przez cały rok jest tu ciepło i przez cały rok można się kąpać. Woda jest tak zasolona, że nic w niej (poza kilkoma odmianami bakterii) nie żyje - ani ryby, ani mięczaki, ani rośliny... Woda jest bardzo czysta, jednak ma kolor kawy z mlekiem z powodu błota. Samo błoto ma podobno lecznicze właściwości - na wszelki wypadek wysmarowałem się nim, a potem położyłem się na wodzie. Można leżeć i czytać książkę, woda wypiera ciało, nie sposób pójść na dno.
Nad Morzem Martwym, w Qumran, znaleziono święte zwoje, zawierające m.in. pełen Pięcioksiąg oraz wiele pism apokryficznych. Eseńczycy, żydowscy skrybowie, w tych pustynnych warunkach nad Morzem Martwym wznieśli duże miasto. Dziś oglądać można jego fundamenty, a także jaskinie, w których odnaleziono zwoje (same zwoje można oglądać m.in. w Muzeum Izraela w Jerozolimie).
Na innym wzgórzu (wjeżdża się kolejką linową) znajdują się częściowo zachowane, częściowo zrekonstruowane ruiny twierdzy Masada, którą 2000 lat temu kazał wybudować Herod Wielki (w końcu sam nigdy tam nie był). Masada do dziś pozostaje symbolem oporu narodu Izraela - przez trzy lata zamknięci w twierdzy mieszkańcy stawiali opór legionom rzymskim. Gdy Rzymianie w końcu wkroczyli do miasta, wszyscy mieszkańcy byli martwi. Woleli zginąć z własnej ręki, niż poddać się w niewolę.
To tyle znad Morza Martwego, następną kartkę napiszę znad Morza Śródziemnego. Bywajcie. Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Piątek, 5 Marca, 2010
Kartka z Izraela (2)
Disorder
Jerozolima - stolica Izraela uznawana za stolicę przez sam Izrael (dla reszty świata stolicą jest Tel-Awiw) częściowo leży na ziemiach okupowanych - w 1967 roku wojska izraelskie zajęły część wschodnią, należącą wówczas do Jordanii. Praktycznie miasto do dziś pozostaje podzielone, w tym znaczna część starówki jest muzułmańska (poza tym są tu dzielnice: żydowska, chrześcijańska i ormiańska). W części żydowskiej jest m.in. słynna ściana płaczu, główne atrakcje to jednak Via Dolorosa - droga, którą prowadzono Chrystusa na krzyż wraz z Golgotą i miejcem grobu świętego (swoją drogą są dwa alternatywne miejsca), a także wspaniałe meczety w części muzułmańskiej - meczet Al-Aqsa (trzecie pod względem ważności święte miejsce muzułmanów po Mekce i Medynie) oraz imponująca Kopuła Skały. Do tych muzułmańskich świątyń niestety nie mamy wstępu. Za murami starego miasta (wiedzie do niego siedem wspaniałych bram) znajduje się Góra Syjon wraz z Wieczernikiem, a z Góry Oliwnej widać panoramę starówki.
Nie będę opisywał zabytków Jerozolimy, znajdziecie to w każdym przewodniku, poza starówką zdecydowanie polecam wizytę w Muzeum Izraela, m.in. ze wspaniałą kolekcją rękopisów.
Miasto tętni życiem, kolorami arabskich tkanin, zapachami przypraw i owoców oraz kawy. Chasydzi z pejsami, w czarnych kapeluszach, sięgających połowy łydki spodniach i atłasowych płaszczach, muzułmanie w arafatkach, kobiety w pięknie haftowanych sukniach. Wszędzie rozbrzmiewa muzyka - bębny, piszczałki, rogi bawole. Zaskakująco dużo radości w sąsiedztwie uzbrojonych w karabiny maszynowe młodych ludzi. Piękne szczupłe dziewczyny z kołyszącymi się na pośladkach pistoletami maszynowymi uzi, broń na każdym rogu, w autobusie i w knajpie, na ławkach w parku i na trawnikach - wszędzie przesiadują uzbrojeni ludzie.
A zaraz za miastem wznosi się ponury mur, symbol braku zrozumienia, braku pojednania, podziałów w świecie, który chce się jednoczyć. Ponury betonowy mur i strażnice przypominające o nienawiści dzielącej Żydów i pozbawionych swego państwa Palestyńczyków. Przez jedno z przejść w murze przejeżdża się do Betlejem, miejsca narodzin Chrystusa, gdzie stoi do dziś niemal warowna Bazylika Narodzenia Pańskiego, zbudowana przez krzyżowców, tu jest m.in. grota narodzenia Jezusa. Betlejem jest w tak zwanej strefie A, będącej całkowicie pod kontrolą władz Autonomii Palestyńskiej, tu nie ma uzbrojonych w karabiny maszynowe młodzieńców. Siedzę właśnie w kafejce internetowej w Betlejem i popijam palestyńskie piwo Taybeh z browaru w Ramallah. Na terenie autonomii niemal nie ma izraelskich produktów, wódkę koszerną zastępuje arak - mocny alkohol anyżkowy, ale to głównie dla turystów, muzułmanie nie piją alkoholu, siedzą przy kawie, palą owocowy tytoń w fajkach wodnych i głośno dyskutują.
A ja jutro ruszam dalej, spodziewajcie się kolejnej relacji. Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Czwartek, 4 Marca, 2010
Kartka z Izraela (1)
Disorder
Skorzystałem z okazji, że można było tanio polecieć i jestem właśnie w Izraelu. To moja druga wizyta w tym udręczonym niekończącą się wojną i nienawiścią kraju, pierwszy raz byłem w 2002 roku podczas intifady (drugiego powstania palestyńskiego). Pracowałem wówczas jeszcze w "Rzeczpospolitej" i pojechałem jako korespondent, pisałem wówczas m.in. relację z Targów Książki w Jerozolimie oraz innych imprez literackich w Tel-Awiwie i Jaffie. Był to niebezpieczny czas, w Jerozolimie niemal nie było turystów. Lądowałem wówczas na nowoczesnym lotnisku w Tel-Awiwie. Tym razem poleciałem tanim lotem czarterowym i wylądowalem na środku pustyni Nagew, na lotnisku wojskowym Ovda, którego nie ma nawet na mapie (cel wojskowy). Z boeinga wysiadło się bezpośrednio na pas startowy, a po wyjściu z niewielkiego budynku poza przystankiem autobusów była jedynie pustynia.
Tą pustynią pojechałem do Jerozolimy, ale Jerozolimę i Betlejem zostawię sobie na następną kartkę. Droga przez pustynię jest męcząca i monotonna. Na zewnątrz o tej porze roku ok. 25 stopni. Przygnębiają biedne osady Beduinów i wyschnięte koryta rzek - woda tu jest towarem deficytowym (butelka wody w sklepie kosztuje ok. dolara). Podobno na pustyni ukryte są laboratoria atomowe, gdzie Izrael produkuje broń nuklearną, tak czy inaczej roi się od wojska, a ciekawostką są mijane wypalone szkielety czołgów i wozów bojowych. Pustynia zajmuje ok. 40 proc. kraju i jest to ogromne pustkowie. Jedyne większe miasto, stolica Negew, to Beer-Szewa (po hebrajsku Studnia Przysięgi - jedna z najstarszych osad Izraelitów, ale dziś to głównie fabryki i szare blokowiska). Ciekawostką pustyni jest jakoby największy na świecie krater - Ramon. Cóż, byłem bezpośrednio nad nim w miasteczku Micpe Ramon i na krater mi to ani trochę nie wygląda, ale ponoć nie powstał w wyniku uderzenia meteorytu lecz erozji skał, więc dlatego wygląda po prostu... jak zerodowany wąwóz.
W Izraelu jest gorąco, sucho, nocą bardzo wietrznie. Więcej w następnej kartce bo teraz jestem zmęczony. Więcej...
Skomentuj
Niedziela, 14 Lutego, 2010
Teoria sprawiedliwości
Disorder
Nakładem Wydawnictwa Naukowego PWN wyszła jedna z ważniejszych książek XX wieku - Johna Rawlsa „Teoria sprawiedliwości”. Obszerne opus magnum (ponad 850 stron) amerykańskiego filozofa, ksiązka niezwykle inspirująca, stanowiąca ważny głos w sprawie społecznej sprawiedliwości. Więcej...
Skomentuj
Piątek, 12 Lutego, 2010
Bikini po latach
Disorder
Z nostalgią wysłuchałem płyty "Dokument" toruńskiej formacji Bikini, zapomnianego zespołu, który dla mnie w połowie lat 80. był odkryciem i w znacznym stopniu przyczynił się do tego, że zacząłem słuchać punk rocka. Zespół ten nigdy nie nagrał płyty, pozostały po nich nieliczne nagrania koncertowe. "Nocne ulice", "Fikcyjne wycieczki", "Pieniądze", ale i bardziej nowofalowe "W kawiarni" to utwory wciąż zaskakujące świeżością, zwłaszcza że jako jedyni na scenia punk mieli żeński chórek. Moim zdaniem Bikini ani trochę się nie zestarzało, a płyta CD przynosi te archiwalne materiały dobrze nagrane. Większość pochodzi z lat aktywności zespołu - 1981-1983. Na koniec mamy kawałek nagrany w 2007 roku, nie bardzo harmonizujący z resztą. Przy okazji, w najnowszym numerze "Pasażera" jest wywiad ze Zbyszkiem Cołbeckim, twórcą Bikini - opowiada o historii zespołu, o swojej pracy w Londynie (jako tańczący sprzątacz Ziggy Dust), niestety niewiele o planach na przyszłość. A mam nadzieję, że z okazji wydania tych wygrzebanych z archiwum utworów zespół reaktywuje się chociaż na kilka koncertów.
Komentarze (5) Skomentuj
Piątek, 5 Lutego, 2010
WC(K)
Disorder
Obejrzałem film "Wszystko co kocham", zwabiony do kina zapowiedzią, że to o WC, punkowym zespole, który był częścią mojej szczenięcej  muzycznej edukacji. "Młodość, miłość, wolność, bunt i muzyka" - reklamują dystrybutorzy. Niestety, jak dla mnie to w tym filmie tyle jest buntu, co w piosenkach WC, fakt że w znakomitych aranżacjach (surowe jakbym słyszał WC A.D. 1982 a nie współczesne). Bunt jest jeszcze w scenie rozwalenia auta milicjanta, ale przez całość fabuły przebija szczenięcy sentymentalizm. Bohater spuszcza oczy w podłogę gdy trzeba podjąć dyskusję z ojcem, w szkole grzecznie, z dziewczyną nieśmiało... A w tel wozy bojowe ZOMO bo zaczął się stan wojenny.
W tym filmie dobra jest tylko muzyka, nie tylko WC, bo także słychać Dezertera (dwukrotnie) i Deutera, ale tej muzyki jest za mało. Z pewnością nie jest to też historia zespołu WC (w filmie zespół bohatera Janka nazywa się WCK), tu akurat nic się prawie nie zgadza i raczej Jaromir z kolegami nie mają powodów do zachwytu nad dziełem filmowym Jacka Borcucha (choć na swojej stronie internetowej zapowiadają dość ciepło). Może za dużo oczekiwałem, bo film nie jest zły, ale z kina wyszedłem rozczarowany - liczyłem na więcej punka niż ckliwości.
Komentarze (18) Skomentuj
Niedziela, 17 Stycznia, 2010
Zła miłość
Disorder
Miłość to odwieczny temat literatury, namiętności, radości, ale i rozczarowania, spełnienie i gorycz odrzucenia. Tak jak w życiu. Miłości towarzyszą poszukiwanie, pragnienie, a często intryga, niespodziewany zwrot akcji, jednym słowem – gotowa opowieść. Miłość znajdziemy w Biblii i w mitologiach całego świata, w religiach politeistycznych miała swoich własnych bogów, w monoteizmie sam Bóg jest miłością.
Jedną z najpiękniejszych deklaracji miłości w literaturze jest list św. Pawła do Koryntian, jeden z najczęściej cytowanych fragmentów Nowego Testamentu. „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma”.
Ileż takich idealistycznych obrazów miłości odnajdujemy wokół siebie? Czyż nie częstsza jest taka miłość, jaką reprezentował Tomasz, bohater „Nieznośnej lekkości bytu” Milana Kundery? Miłość pełna zdrad, rozczarowań, czasem niechęci, nawet rozpaczy, a także zazdrości, oczekiwania, kłamstw. „Jest nie do pomyślenia, by miłość naszego życia miała być czymś lekkim, czymś bez wagi” – pisał Kundera. A przecież bywało, że miłość stawała się nie tylko osobistą tragedią, lecz prowadziła do konfliktów wyniszczających całe rodziny, klany, czasem narody. To miłość była przyczyną trwającej dwadzieścia lat wojny trojańskiej, bez której nie mielibyśmy „Odesei” Homera. Napięcia towarzyszące miłości są jedną z głównych osi intryg w tragediach Szekspira. Nieszczęśliwą miłością karmił się europejski romantyzm. Stały się też najczęstszym motywem masowej kultury – od romansu przez telenowelę po melodramat. Do pewnego stopnia kultura masowa w XX wieku strywializowała uczucia, ich niepowtarzalność próbując sprowadzić do schematu, który mógł zawładnąć wyobraźnią milionowej rzeszy konsumujących kulturę kobiet. Więcej...
Komentarze (6) Skomentuj
Środa, 30 Grudnia, 2009
Vladimir Nabokov: Kęs życia i inne opowiadania
Disorder
Drugi tom pełnej edycji opowiadań Nabokova obejmuje utwory z lat 1930-1952, początkowe pisane jeszcze po rosyjsku, późniejsze – po angielsku. Są niczym dagerotypy, utrwalone w stylowej sepii dawne obrazy świata, który bezpowrotnie przeminął, jak te koronki na rękawach kobiecych sukien, jak białe zwężane kąpielowe spodnie mężczyzn, jak dziecinna zabawka – metalowa obręcz do toczenia. Nabokov był mistrzem obserwacji, a jego opowiadania niemal pozbawione są fabuły, zatrzymują jedynie zawieszone emocje i drobiazgowo opisane miejsca i postaci. Często jest to nostalgiczna dla samego autora podróż do lat jego młodości, stąd zapewne to wrażenie dagerotypu, bo warto zauważyć, że tak dbały o detale pisarz bardzo rzadko operuje innymi kolorami niż biel i czerń. We wspomnieniach wszystko staje się wyblakłe, żywe pozostają emocje, zacierają się imiona i daty. Ale ta szarość i ulotność bytu mają też swój wymiar metafizyczny, Nabokov często zapuszcza się bowiem w zaświaty, sprawdza co jest „za granicą śmierci”, doczesność i nieskończoność przenikają się w niektórych historiach. Narracja nie kończy się w chwili śmierci, zdarzenia mogą być opowiadane ciągle na nowo. W tych opowiadaniach właściwie nie ma początku i nie ma końca, zwykle nie ma puenty, po prostu opowieść się urywa, choćby przerwana dźwiękiem telefonu. A czytelnik może w myślach samemu podążać za urwaną historią.
Komentarze (2) Skomentuj
Niedziela, 27 Grudnia, 2009
Gorący, płaski i zatłoczony
Disorder
Święta spędziłem głównie na lekturze, bo stos nieprzeczytanych książek niebezpiecznie mi na biurku urósł. Jedną z nich, którą polecam, jest praca Thomasa L. Friedmana „Gorący, płaski i zatłoczony”. Dodam jedynie, że jego poprzednia książka „Świat jest płaski” była dla mnie niewyczerpanym źródłem inspiracji, kiedy pisałem swoją „Szerokopasmową kulturę”. Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Sobota, 26 Grudnia, 2009
Wojna za trzy biliony dolarów
Disorder
Nakładem PWN wyszła kolejna po polsku (piąta już) książka Josepha Stiglitza, moim zdaniem obecnie jednago z najbardziej wnikliwych analityków procesów globalizacyjnych. Stiglitz zajmuje się przede wszystkim finansami, jednak przez pryzmat analiz inwestycji, spekulacji giełdowych, wydatków takich organizacji jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy (w latach 1997-2000 był głównym ekonomistą Banku Światowego) pokazuje jakie mogą być społeczne alternatywy źle lokowanych środków. Potrafi wykazać straty, ale zawsze wskazuje na potencjał zysków. Pozornie analizuje cyfry, bo te przemawiają do wyobraźni bankierów, prezesów korporacji, polityków, w rzeczywistości jednak zajmuje go przede wszystkim człowiek. Alternatywy, na które wskazuje Stiglitz, to świat sprawiedliwiej rządzony, świat bez wojen, bez barier, bez korupcji, bez spekulacji, bez głodu, bez społecznych niepokojów. Co najważniejsze, te altarnatywy to nie utopia idealisty, ale znajdujące odzwierciedlenie w rachunkach zysków i strat liczby. Wystarczy inaczej inwestować pieniądze. Ale, jak zawsze w biznesie, na innych przepływach finansowych ktoś zyskuje, ktoś traci. Zyskuje przeciętny obywatel, ale tracą - koncerny naftowe, dostawcy sprzętu wojskowego, przemysł ciężki, przemysł samochodowy. Zyskuje planeta, tracą najwięksi jej truciciele. Warto wnikliwie zastanowić się nad alternatywami jakie proponuje Stiglitz.
Najnowsza książka traktuje o kosztach wojny w Iraku, ale jak zwykle także o alternatywach. Można było utopić 3 biliony dolarów na wojnę, która nie osiągnęła żadnego z zakładanych celów. W Iraku nie było broni masowego rażenia, nie było Al-Kaidy, a ceny ropy zamiast się obniżyc - szaleńczo wzrosły. Stracono tysiące istnień ludzkich. Można było te pieniądze stracić, ale można było też wydać je inaczej - tylko jeden miesiąc obecności amerykańskich wojsk w Iraku kosztuje więcej niż wynosi roczny budżet ONZ lub łączny budżet 37 z 50 stanów USA. A bilion dolarów to np. 8 milionów dodatkowych mieszkań... A pomnóżmy to przez trzy!
Poniżej recenzja nowej książki Stiglitza. Tu link do mojej recenzji z książki "Wizja sprawiedliwej globalizacji", a tu link do recenzji z "Szalonych lat dziewięćdziesiątych". Recenzji "Globalizacji" nie potrafię znaleźć, gdzieś się chyba zapodziała w Sieci, ale to najlepsza z książek Stiglitza. Więcej...
Komentarze (2) Skomentuj
Piątek, 25 Grudnia, 2009
Wroniec
Disorder
Najbardziej przereklamowana książka 2009 roku. Stan wojenny widziany oczyma małego chłopca jest ponurą baśnią, koszmarem sennym. Jacek Dukaj operuje tak schematycznymi obrazami grudnia 1981 roku, że horror zakrawa o groteskę. Straszno, głucho, ciemno i mały naiwny chłopczyk, który stawia opór siłom zła. Złu brakuje jednak jakiejkolwiek logiki w działaniu, przez co jest nieprzekonujące. A chłopiec-bohater stawia zaskakująco mało pytań. Oczywiście konwencja snu zezwala na przejaskrawienia, na brak logicznego sensu zdarzeń, na brak kontaktu z prawdziwymi uczuciami (strach jest tu tak samo nierzeczywisty jak opresja), w baśni można bawić się w dowolny sposób realiami – tylko po co? Baśń powinna mieć swój morał, a tego u Dukaja brak. Wydaje się, że noc 13 grudnia 1981 roku to jedynie sprytny wybieg autora, marketingowych chwyt dla pozyskania zainteresowania. I to się doskonale udało, zwabił krytyków książką, która bez scenerii stanu wojennego przeszłaby bez echa. Rynkowo świetny zabieg, ale czytelnik ma prawo czuć się rozczarowany.
Sama forma narracji przypomina mroczne baśnie Neila Gaimana. Niewątpliwie atutem książki jest dźwiękonaśladowczy język z masą neologizmów, które samym brzmieniem słów przemawiają do wyobraźni. Zgrzyty i warkoty ułożone ze słów kojarzyć muszą się z poezją futurystów, ale są bardzo silnie osadzone w opisywanej rzeczywistości – pełnej złomotów, milipantów, bubeków, szpicli i stalowych suk.
Komentarze (1) Skomentuj
Czwartek, 10 Grudnia, 2009
Pół roku za kota (to mało)
Disorder
Wyczytałem właśnie, że jakiś skurwiel dostał pół roku za bestialskie zabicie kota. Walił nim najpierw o ścianę, a potem łeb odciął siekierą. Policjantom wytłumaczył, że kot mu zapaskudzil kanapę i poza tym od dawna go wkurwiał. Sąd pierwszej instancji skazał zwyrodnialca na pracę społeczną. Dopiero po odwołaniu sie prokuratora dostał pół roku bez zawiasów. Wcześciej maltretował żonę. Mam nadzieję, że koledzy z celi zadbają by skurwiel przez te pół roku często walił łbem o ścianę.
Komentarze (11) Skomentuj
Czwartek, 10 Grudnia, 2009
Premiera eClicto
Disorder
10 grudnia do sprzedaży trafił pierwszy polski czytnik e-booków – eClicto. Dystrybucją czytnika wraz z autorskim oprogramowaniem Manager eClicto, zajmuje się firma Kolporter. – Początkowo produkt będzie dostępny w sprzedaży on-line i kilku testowych salonach multimedialnych – zapowiedział Tomasz Ziąbka, wiceprezes spółki Kolporter Info, która odpowiada za projekt. Więcej...
Komentarze (2) Skomentuj
Środa, 9 Grudnia, 2009
Pieniądze na kulturę jadą do Afganistanu
Disorder
Powrócę jeszcze do tematu, o którym pisałem niedawno w związku zapowiedzią polskiego rządu o gotowości wydania w 2010 roku ponad 740 mln zł (ponad 80 mln zł więcej niż w 2009) na wojenkę z Talibami w Afganistanie - tzw. zwiększenie polskiego kontyngentu (przy okazji prasa wypisywała ostatnio brednie na temat tego, że oto polski żołdak ma szansę schwytania Bin Ladena, którego nie może od lat odnaleźć amerykański wywiad). Otóż czytam właśnie, że "w wyniku rządowego programu oszczędności budżetowych kwota na zakupy nowości bibliotecznych została zmniejszona w 2009 roku do 10 mln zł". Pieniądze pochodzić będą z dotacji resortu kultury. Przypomnę, że w 2005 roku na ten sam cel przeznaczono 30 mln zł, w 2006 roku dofinansowanie zmniejszono do 28,5 mln zł, a przez kolejne dwa lata utrzymało się na poziomie 28 mln zł.
Nie będziemy mieli w bibliotekach książek, za to będziemy mieli więcej spoconych żołnierzy uganiających się za widmem terrorysty. Piękna wizja.
Komentarze (1) Skomentuj
Wtorek, 8 Grudnia, 2009
Czas spowalnia
Disorder
Myślałem ostatnio o upływie czasu, o tym jak z wiekiem nabieram do niego dystansu. Nagle przestaję się spieszyć. Już się nie denerwuję stojąc w korku czy kolejce. Przestaje być ważne, czy coś będzie dziś, jutro, za tydzień, za miesiąc, za rok... Wydaje mi się, że na wszystko jest czas, że pośpiech jest nie wskazany, że wszędzie zdążę. A jeśli nie zdążę, to co z tego? Zaczynam z wiekiem czuć się bardziej widzem, niż uczestnikiem, tak jakbym usiadł spokojnie i zaczął patrzeć z dystansem na własne sprawy. To dziwne, że kiedy człowiek jest młody, bardzo młody, wtedy bardzo mu się spieszy, wszystko chciałby mieć natychmiast, nie umie czekać... a przecież teoretycznie ma przed sobą całe życie. Jasne, nie wiemy, ile to "całe życie" może trwać, może skończyć się jutro, mozna wpaść pod samochód lub do studzienki kanalizacyjnej, nie mniej ja już nie mogę powiedzieć, że mam przed sobą całe życie; patrząc optymistycznie mogę mieć przed sobą połowę życia, a za 20 lat - patrząc optymistycznie - mogę mieć przed sobą już tylko 1/3 życia. A mimo to mniej mi się spieszy. Dziwne.
Komentarze (10) Skomentuj
Czwartek, 3 Grudnia, 2009
Jak mnie to brzydzi
Ci, którzy wierzyli w pokojowe zamiary prezydenta Baracka Obamy, mogą czuć się rozczarowani zapowiedzią, że zacznie on wycofywać wojska z Afganistanu dopiero za 18 miesięcy. Ponieważ natura ma sceptyczna jest, a politycy przyzwyczaili mnie do kłamstw, to myślę sobie, że za 18 miesięcy prezydent USA znajdzie 101 nowych powodów, dla których warto prowadzić wojny pod flagą w białoczerwone paski z gwiazdami na granatowym kwadracie. Talibowie, jak mówią, nie boją się, przeciwnie: "Wysłanie większej liczby wojsk przeciwko mudżahedinom sprawi, że więcej z nich stanie do walki, a ich opór będzie jeszcze silniejszy" - ogłosił w odpowiedzi Obamie rzecznik Talibów. Pewnie tak będzie. Świat stanie się jeszcze bardziej niestabilny. Zła i przemocy, lęku podsycanego przez media, przemysł zbrojeniowy i samych polityków będzie jeszcze więcej. Smutkiem to napawa, zwłaszcza gdy tyle jest globalnych problemów, które wymagają międzynarodowej solidarności i współpracy - nędza i AIDS w Afryce, korupcja w post ZSRR, rosnące bezrobocie właściwie wszędzie w kapitalistycznym świecie, pogłębiające się dysproporcje technologiczne, efekt cieplarniany i inne zagrożenia ekologiczne, tak lekceważone przez polityków... Zamiast solidarności, mamy jednak kolejne wydatki na zbrojenia.
A jak się zachowują polscy politycy? Jak zwykle - w dupie mają opinię tych, którzy na nich głosowali. Z sondażu przeprowadzonego przez "Rzeczpospolitą" wynika, że aż 80 proc. Polaków uważa, że powinniśmy wycofać wojska z Afganistanu. Tymczasem rząd decyduje się zwiększyć nasz kontyngent o 600 żołnierzy. Decyduje, wychodząc przed orkiestrę, nie oglądając się na inne europejskie kraje, nie oglądając się na własne społeczeństwo, po to by - jak zwykle - przypodobać się Wielkiemu Bratu za oceanem. Brzydzi mnie to.
Nie głosuję na żadne partie i żadnych polityków. Nie ważne czy rządzi lewica czy prawica, demokraci czy złodzieje, lekceważenie własnych wyborców pozostaje niezmienne. A ja nie lubię być lekceważonym. Moim obywatelskim sprzeciwem jest nie uczestniczenie w wyborach. Nie chcę demokracji, w kórej mój głos i tak się nie liczy, nie chcę demokracji elit. A wysyłając nadgorliwie wojsko by brało udział w kolejnym niepotrzebnym konflikcie, nasz rząd lekceważy nie tylko naszą opinię, także nasze życie. Bo ta nadgorliwość wystawia nas na celownik terrorystycznych zamachów. W imię czego ryzykujemy? Jaka jest w tym polska racja stanu? Jaki w wojennych kosztach interes ma polski obywatel? Więcej...
Komentarze (5) Skomentuj
Środa, 2 Grudnia, 2009
Reklama wyklętego "Manifestu"
Disorder
Polecam wszystkim tekst pana co się zowie Paweł Toboła-Pertkiewicz (link), który robi darmową reklamę "Manifestu komunistycznego", wydanego kilka lat temu (i wciąż wznawianego!) przez Jirafa Roja. Jest to jeden z najlepiej sprzedających się tytułów tego wydawnictwa; i nic dziwnego - trafił wszak w niszę rynkową. O "Manifeście" uczą się studenci na wielu kierunkach, jest on na wolnej licencji dostępny w wersji on-line, ale nie było od dawna wydania książkowego. Ta edycja jest dodatkowo poprzedzona obszernym (20 stron) komentarzem dr Edwarda Karolczuka i ma uwspółcześnioną pisownię plus rozmaite dodatki, jak np. "Zasady komunizmu" Engelsa.
A teraz pokrótce zdarzenie, którego niestety nie byłem świadkiem, a które rozegrało się kilka dni temu podczas Targów Książki Historycznej w Warszawie, na których Jirafa sprzedawała m.in. "Manifest" (obok innych książek z tej serii, m.in.: Darwina, Malthusa, Clausewitza, Bakunina, a nawet Piłsudskiego). Otóż nagle na stoisku podniosła się wrzawa pewnego jegomościa (jak można wywnioskować, autora polecanego przeze mnie powyżej tekstu), który zastraszał biednego pracownika wydawnictwa, a potem organizatorów, powołując się na konstytucję RP. Dla świętego spokoju pracownik w końcu "Manifest" zdjął z półki. Niepotrzebnie. I książce i targom lepiej by zrobiła wizyta policji, prokuratury, kamery TVP, dziennikarze itd - bezpłatna reklama, jaką już niejednokrotnie książkom "wyklętym" fundowali różnej maści oszołomi. Dzieje wolnego słowa znają już stosy auto da fe, a nie jest to wbrew pozorom historia zamierzchłych wieków średnich, bo niemal każdego roku dochodzą w mediach słuchy o publicznym paleniu książek, niczym czarownic, a dzieje się to także w demokratycznych krajach (choćby palenia w amerykańskich bibliotekach książek Vonneguta, czy również w USA - tym razem na plebaniach - "Harry'ego Pottera").
Oczywiście jako bibliofil jestem przeciwnikiem palenia jakichkolwiek książek. Jestem przeciwnikiem indeksów ksiąg zakazanych itp.
Porównanie "Mein Kampf" z "Manifestem" z prawnego punktu widzenia jest bezzasadne. Nie dlatego nie wolno wydawać "Mein Kampf", że napisał je faszystowski ideolog, ale dlatego, że na wydanie nie wyraża zgody rząd Bawarii - właściciel praw autorskich. Książki Mussoliniego są wydawane (także po polsku), a Hitlera nie są, poglądy obydwu panów były zbliżone, ale właściciel spuścizny po Hitlerze nie chce eksploatować tych praw i ma do tego prawo, zupełnie niezależnie od przepisów dotyczących szerzenia ideologii faszystowskiej, komunistycznej czy jakiejkolwiek nienawiści.
Oczywiście, jestem również przeciwnikiem szerzenia nienawiści. Oburzają mnie antysemickie pisemka i takież wypowiedzi, których w polskich mediach nie brakuje (w tym z ust osób duchownych). Kwestia ewentualnego wydania "Mein Kampf" mniej by mnie oburzała, bo książka ta może być dziś co najwyżej przedmiotem studiów historycznych, nijak ma się wszak do rzeczywistości. Więcej niebezpiecznej nienawiści niosą w sobie legalnie wyświetlane w kinach filmy pełne bezmyślnego kultu przemocy. Oczywiście sam faszyzm jest ideologią zła, ideologią jednoznacznie skompromitowaną i jako taka powinien być pod obserwacją prokuratury i policji. Ale faszyzm w formie neofaszystowskich bojówek, stron internetowych, broszurek itp., a nie pisane 70 lub więcej lat temu książki - antykawryczne zdawałoby się ciekawostki.
Może moje poglądy są zbyt liberalne? Może faktycznie pewne książki, które wyrządziły wiele zła, powinny być na indeksie? Ale, co taki indeks daje, poza zwiększaniem zainteresowania, wszak to, co zakazane - kusi.
A sam "Manifest komunistyczny", czy to jest książka, którą można porównać z "Mein Kampf" nie tylko od strony prawnej, ale także moralnej, ideowej? Otóż nijak nie potrafiłbym zgodzić się na taką oceną. Marks i Engels nie byli zbrodniczymi ideologami, a ich "Manifest" tyle miał wspólnego ze zbrodniami komunizmu, co wynalazek silnika spalinowego z wypadkami drogowymi. Był pewnym impulsem, pozostawiającym wszelako spadkobiercom wiele możliwości. W haśle "bij Żyda" nie ma alternatywy dobra, "Manifest" dawał wiele alternatyw i nie ma w nim instrukcji zła. Jedną z alternatyw było demokratyczne państwo, oparte na zasadach przestrzegania praw człowieka, w tym pracownika. Socjaliści utopijni z XIX wieku pokazali sobie współczesnym dehumanizującą siłę kapitalizmu. Pokazali też siłę "człowieczeństwa". Z tej ideologii wyrastają, niestety, zbrodnie komunizmu, który wprost się do ideologii marksistowskiej odwoływał i - nie da się ukryć - czerpał z niej pełnymi garściami, jak Marks czerpał z Hegla. Ale z idei socjalizmu utopijnego wyrosły też przecież poglądy ekonomiczne Keynesa czy poglądy społeczne Fromma. "Manifest" pozwolił uwierzyć politykom, tym którzy odrzucili rewolucyjny komunizm (w tym także retorykę samego Marksa), w społeczeństwo dobrobytu. A to wcale nie jest wizja, której mamy się wstydzić. Więcej...
Komentarze (3) Skomentuj
Czwartek, 26 Listopada, 2009
Castells o końcu tysiąclecia
Disorder
Nakładem Wydawnictwa Naukowego PWN wyszła właśnie kończąca znakomitą trylogię Manuela Castellsa książka pt. „Koniec tysiąclecia”, do której lektury - poniżej - staram sie was zachęcić, o ile macie siłę na socjologiczną analizę mocno podbudowaną danymi ekonomicznymi :)
Patrząc na leżące przede mną książki - nowy Stiglitz (rewelacja! - o prawdziwych kosztach wojny w Iraku), nowy Thomas Friedman, „Outsiderzy” Howarda Beckera - zastanawiam się, do cholery, co się dzieje z beletrystyką, że nie mam ochoty po nic nowego sięgnąć... albo, co się ze mną dzieje? Niezależnie jak bym nie rozstrzygał owego dylematu, nie przeczytałem w 2009 roku ani jednej powieści, która by mnie poruszyła (może wyjąwszy jakieś „nadrabiane” braki w klasyce literatury - to nadrabianie chyba zresztą nie ma końca, tyle tego człowiek stworzył na przestrzeni dziejów). Więcej...
Komentarze (9) Skomentuj
Środa, 18 Listopada, 2009
Aby nasze dzieci nie były przestępcami
Disorder
„Remiks” to najnowsza książka Lawrance Lessiga, ukazała się właśnie po polsku nakładem Wydawnictw Akademickich i Profesjonalnych. Jego wcześniejszą książkę, „Wolną kulturę”, mógłbym wymienić wśród 20 czy 30 tytułów, które w największym stopniu budowały moje własne poglądy, także Lessig jest mi szczególnie bliski. Poniżej kilka zdań, na gorąco, po lekturze „Remiksu”, który gorąco polecam. Za dwa tygodnie brać będę udział w sesji poświęconej tej publikacji [w dyskusji udział wezmą: prof. Wiesław Godzic (SWPS), dr Ewa Wójtowicz (ASP w Poznaniu), dr Alek Tarkowski (Creative Commons Polska / ICM UW), red. Łukasz Gołębiewski (Biblioteka Analiz), poprowadzi red. Edwin Bendyk]. Więcej...
Skomentuj
Wtorek, 17 Listopada, 2009
Litwa listopadowa
Disorder
Pomimo listopadowej słoty postanowiliśmy wyskoczyć z Olgierdem na kilka dni na Litwę, ot tak, żeby odetchnąć innym powietrzem trochę. Nie ma granicy, do Wilna blisko, a odmiana od monotonni codzienności była mi już absolutnie niezbędna po ostatnich miesiącach spędzonych nad pisaniem kolejnego wydania „Rynku książki w Polsce” (nuda do kwadratu).
Znam Litwę dość dobrze i chciałem zobaczyć region, który znałem najsłabiej, czyli Auksztotę. Pomysł okazał się chybiony, bo jesienną porą jest tam ponuro, pusto i nudno. Planowaliśmy pierwszą noc spędzić w Janowie nad Wilią (Jonava), ale po przyjechaniu na miejsce zrezygnowaliśmy – jedna czynna knajpa, na ulicach pusto, pojechaliśmy się bawić a nie smucić. Ostatecznie zatrzymaliśmy się w Wiłkomierzu (Ukmerge), to jedno z najstarszych litewskich miast, dziś zapyziała dziura, ale zrobiło się ciemno i dalej jechać nie było sensu. W mieście czynne były pizzeria, klub bilardowy i salon gier, wybraliśmy bilard. Wieczór skończył się drobną awanturą z lokalnymi dresami, którzy chcieli wysępić pieniądze i nie bardzo dawali się spławić, ale ostatecznie skończyło się na szarpaninie.
Następnego dnia zwiedziliśmy m.in. Utenos, gdzie jest wielki browar i małe regionalne muzeum i Jeziorasy (Zarasai), ładne miasto nad jeziorami, w listopadzie jednak wymarłe. Nocować postanowiliśmy na Łotwie, w pobliskim wielkim mieście Daugavpils, w którym znajduje się twierdza – w latach I wojny światowej dzielnie i skutecznie bronił jej pradziad Olgierda. Dziś twierdza wprawdzie jest wielkim slumsem, ale samo miasto było sympatycznym oddechem po prowincjonalnej Auksztocie.
Zniechęceni wschodnimi rubieżami Litwy postanowiliśmy jechać w miejsca pewne i dobrze znane. Kolejną noc spędziliśmy w Trokach, dawnej stolicy Wielkiego Księstwa Litewskiego, dziś znanych z zamku na wyspie, kibinów (lokalne pierogi) i sympatycznej mniejszości Karaimów, którzy na początku XV wieku przybyli tu z Krymu. Choć byłem tu po raz trzeci, to pierwszy raz miałem okazję oglądać zamek od strony wody - okazało się, że w listopadzie za psi grosz (50 litów) można wynająć na godzinę żaglówkę. W drodze do Trok zatrzymaliśmy się jeszcze w Kulionys, gdzie jest ogromne obserwatorium astronomiczne i muzeum astroetnologii (ogromne rozczarowanie). Z Trok zawitaliśmy do pobliskiego Wilna, gdzie w klubie XI20 (dawny Dom Kultury Polskiej, dziś zaskłotowany) odbywał się koncert noise. Pokryta graffiti piwnica przypomina tego typu miejsca na całym świecie, młodzież alternatywna ma te same gusta estetyczne. Ostatnią noc spędziliśmy w Kownie. Przypadkiem trafiliśmy na trzydzieste piąte urodziny niejakiego Paulusa, wódka lała się obficie, umacnialiśmy przyjaźń polsko-litewską do trzeciej w nocy i wyszliśmy jako ostatni goście (choć nieproszeni).
Jeszcze kilka słów o litewskich nalewkach bo te są warte poematów. Oczywiście kraj to miodem płynący i miody pitne wszelakiego rodzaju gorąco polecam. Poza tym znane u nas Trejos Devynerios (999) tam występuje dodatkowo w wersji pomarańczowej, również polecam – pyszne, smakuje jak moczone w spirytusie skórki pomarańczowe. Wiśniówki to osobny rozdział, niektóre smakują niemal jak te robione przez mojego świętej pamięci wujcia – słodkie i zawiesiste. Wujek na pół litra spirytusu dawał kilogram cukru, owoce, a na koniec rozcieńczał to pół litrem wódki. Powstawał alkohol o konsystencji prawie syropu i mocy 70 procent, pachnący owocami. Takie są też wiśniówki litewskie – czuć w nich głębię owocu, a nie spiryt, takie są też tam śliwówki (bo nie śliwowice) – słodkie i mocno owocowe. A nie brakuje też nalewek ziołowych! Ech, smaki Litwy na długo pozostają w pamięci! Więcej...
Komentarze (7) Skomentuj
Środa, 4 Listopada, 2009
Jesienna Bratysława
Disorder
Przez kilka ostatnich dni byłem w stolicy Słowacji (a zaraz pędzę do Krakowa). Zimno, mgliście i wietrznie, po wprowadzeniu euro dość drogo (ceny piwa w knajpach od 1 do nawet 3 euro). Lubię Bratysławę i chętnie do niej wracam, to wciąż trochę prowincjonalne miasto, bez snobizmu, bez telebimów i krzykliwych wystaw, z uroczymi rzeźbami (wystawiający głowę z kanału Čumil czy robiący zza węgła zdjęcia paparazzi odlany z brązu, opierający się o ławkę Napoleon i kilka tym podobnych). Ładna starówka, mosty na Dunaju (na przęśle nowego mostu jest pub UFO, z którego widać panoramę miasta, o ile nie ma mgły rzecz jasna), bratysławski zamek i niezwykle malownicze ruiny zamku z IX wieku w Devin tuż pod Bratysławą. Stare miasto to - pomijając górę zamkową - zbity kompleks, który można obejść w godzinę. Warto zajrzeć do pubu, a są ich setki, nie tylko na Zlatego Bażanta, ale też na znakomite wino (np. do winiarni Pod Baštou), bo region obfituje w winnice (tzw. Małe Karpaty, satelickie miejscowości: Svaty Jur, Pezinok czy Modra to wielokilometrowy winny szlak - Malokarpatska Vinna Cesta - szkoda że o tej porze roku skończył się sezon na burčáka - napój, który ma 5-8 proc. i robiony jest z winogron, ale co chwila ktoś oferuje winko własnej roboty, nie brakuje też winnych piwniczek, można tu dostać taki rarytas jak słowacki Tokaj, oczywiście Frankovkę, Rulandske czy pyszne Veltinske Zelene). Zdecydowanie polecam też wizytę w maleńkim lokalu przy ulicy Michalskiej (Cokoladovna pod Michalom), gdzie można napić się gorącej czelokaldy np. z chili i whiskey - bardzo rozgrzewający miks na zimne dni. Jeśli ktoś ma więcej czasu to organizowane są wycieczki po Dunaju. Zdecydowanie polecam wyprawę (kilka godzin, autobusy z centrum miasta) do zamku Devin, którego wieża na skalistym stoku opadającym do Dunaju widniała przez lata na monecie 50 halerzy. Poniżej kilka zdjęć z ostatniej wizyty. Więcej...
Komentarze (10) Skomentuj
Wtorek, 3 Listopada, 2009
Kagan pokorniejszy
Disorder
Wyszła nowa książka Roberta Kagana „Powrót historii i koniec marzeń” (wydawnictwo Rebis). Rzadko na tej stronie piszę o sprawach międzynarodowych, bo bieżące sprawy polityczne śledzę bardzo wyrywkowo, zwykle z tygodniowym opóźnieniem dowiadując się o wojnach, zamachach itp. Nie mniej sprawy amerykańskie pasjonują mnie od lat i staram się czytać wszystkie ważniejsze analizy dotyczące geopolityki USA, wychodząc z założenia, że to od decyzji Waszyngtonu (a nie Moskwy, Pekinu czy Teheranu) zależeć będą losy naszej planety. Sprawom amerykańskim przyglądam się z dużym krytycyzmem, jeśli ktoś chciałby mi zarzucić antyamerykańskość poglądów, to nie będę się bronił ani wypierał. Więcej...
Komentarze (4) Skomentuj
Środa, 28 Października, 2009
Audiobooki
Disorder
Bardzo lubię słuchać audiobooków, nie mam poczucia traconego czasu, kiedy stoję w kolejce czy jadę samochodem. Słucham ich nawet jedząc obiad, idąc po ulicy, uspokajają mnie, a jednocześnie to okazja by przypomnieć sobie dawne lektury oraz uzupełnić braki. Chyba słucham ich już nałogowo, jak się zastanowię to pewnie w tym roku będzie to ponad 50 pozycji. Jestem jurorem w konkursie na audiobook roku, ale oczywiście nie słucham z obowiązku, a dla przyjemności.
Jakość nagrań jest coraz lepsza, pomyłek lektorów coraz mniej, ceny audiobooków spadły, dziś są one tańsze od książek papierowych. Słucham ich zgrywając pliki MP3 na telefon komórkowy bo nie lubię nosić przy sobie kilku niepotrzebnych urządzeń, poza tym nie lubię iPodów, irytuje mnie ich zamknięta struktura, choć oczywiście z zainteresowaniem obserwuję ich sukces. A piszę o tym bo pojawił się ostatnio audiobook wyjątkowy, jest nim "Narrenturm" Andrzeja Sapkowskiego. Nie czytałem wcześniej książki, nie jestem fanem fantastyki. Teraz żałuję, bo to wciągająca i świetna proza, która z fantastyką ma tyle wspólnego, co "Baltazar i Blimunda" Saramago. To książka o ludzkich błędach i ich konsekwencjach, o miłości, namiętności i zdradzie. Ale nie o książce a o audiobooku chcę powiedzieć. Więcej...
Komentarze (4) Skomentuj
Poniedziałek, 26 Października, 2009
Nowa powieść Wojnarowskiej
Disorder
W swojej bodaj debiutanckiej powieści Elżbieta Wojnarowska barwnie, choć nie bez złośliwości, opisała mojego kolegę, pisarza, w jej książce autora powieści "Dwa seansy", co chyba dostatecznie czytelnie wskazuje pierwowzór bohatera. Książka napisana była z pasją i złością, i od tamtej pory z zainteresowaniem śledzę kolejne jej książki. Właśnie w wydawnictwie Zysk i S-ka, z którym związana jest Wojnarowska, ukazała się powieść "Pod bezkresnym niebem". Poniżej kreślę kilka zdań recenzji. Więcej...
Skomentuj
Piątek, 23 Października, 2009
Zmierzch krytyki
Disorder
Zawód krytyka literackiego odchodzi do lamusa. Krytyk-profesjonalista dla czytelnika coraz częściej jest niewiarygodny, operuje mało zrozumiałym językiem, w dodatku publikuje w mediach, których młody odbiorca nie czyta. Badania pokazują, że osoby, które robią zakupy w Internecie, kierują się niemal wyłącznie rekomendacjami on-line, w przeważającej części zamieszczanymi przez innych klientów. A sprzedaż w sklepach internetowych to już 13 proc. polskiego rynku książki, a można prognozować, że do 2012 roku przekroczy poziom 20 proc. Więcej...
Komentarze (8) Skomentuj
Środa, 21 Października, 2009
Sid & Nancy
Disorder
nie dokończyłem filmu „Sid & Nancy”
znane zakończenie i nudne wypełnienie fabułą
poczułem drżenie
na nieprzyjemną myśl jak szybko można zmarnować życie
Komentarze (2) Skomentuj
Czwartek, 15 Października, 2009
Biografia Henry'ego Millera
Disorder
Skończyłem właśnie czytać kolejną biografię Henry'ego Millera, jednego z moich ulubionych pisarzy.
Urodził się pod koniec XIX, a zmarł pod koniec XX wieku, żył 89 lat pomimo dość lekkomyślnego traktowania zdrowia. Kiedy ogląda się jego fotografie, nie ważne z jakiego okresu, na wszystkich wygląda jak stary człowiek, zwracają uwagę wielki nos i wścibskie oczy w źle dobranych okularach. Dość paskudna fizjonomia nie przeszkadzała mu zmieniać żony i kochanki jak rękawiczki. Do tego był nieznośnym egocentrykiem. Jego biografia napisana przez wieloletniego przyjaciela Frederica Jacquesa Templego, przetykana prywatną korespondencją i cytatami z książek, aż nadto obnaża narcystyczne cechy osobowości autora „Sexusa”. To wszechobecne „ja”, w dodatku wplecione w niemalże mesjanistyczną wizję własnego życia, drażni i Temple musiał być wyraźnie pod wpływem magnetyzmu Millera, skoro pisząc biografię nie zdawał sobie sprawy z obrazu, jaki się wyłania. Przez to, że biograf przyjął punkt widzenia swojego bohatera, ta opowieść o jakże burzliwym życiu jest zwyczajnie nudna, bo podporządkowana wyobrażeniu o wyjątkowości.
Nie ma jednak wątpliwości co do jednego, Henry Miller był wyjątkowym pisarzem i to nie tylko dlatego, że wyprzedzał czas, w którym przyszło mu tworzyć swoje najważniejsze dzieła. Trylogia „Różoukrzyżowanie” to książka bezkresna, po której można poruszać się jak po oceanie, wciąż odkrywając w niej coś nowego. Choć opowieść skoncentrowana jest na autorze, to przecież ta proza pochłania bogactwem języka do tego stopnia, że natychmiast zapominamy o jej narratorze i bohaterze. I nawet zawarte w niej komunały czy oczywiste brednie zacierają się w zderzeniu z prawdziwością emocji wyrzuconych w niekończącym się monologu Henry’ego. Biografia Templego, tak jak listy, pokazuje człowieka zżeranego kompleksami, ale proza jest inna, są w niej uczucia tak silne, że przestają dziwić te kolejne żony i kochanki. Proza Millera była jakby formą autoterapii, ale zapisanej z najwyższą dbałością o język, tak jakby słowa, a nie zdarzenia były najważniejsze. Przyznam, że wracam do prozy Millera z upodobaniem i niesłabnącym od lat zachwytem. Do biografii wracać nie będę, zresztą jest to kolejna słaba książka o Millerze, ale być może o tym człowieku po prostu nie da się napisać niczego ciekawego, gdyż duchowo wypaliła go literatura i poza nią pozostawał małym facetem w za dużych okularach, otoczonym wianuszkiem pięknych kobiet.
Komentarze (4) Skomentuj
Czwartek, 1 Października, 2009
Równi i równiejsi
Disorder

Od kilku dni dziennikarze mediów rozmaitych, od poważnych po brukowe, deliberują czy nasi kochani politycy z prezydentem, premierem i ministrem spraw zagranicznych na czele, powinni byli zabierać głos w obronie aresztowanego w Szwajcarii za gwałt sprzed ponad 30 lat, Romana Polańskiego. Argumenty padają głównie przeciwko politykom, bo jakoby każdy jest równy wobec prawa. To, że każdy jest równy wobec prawa (teoretycznie), nie oznacza jednak, że każdy ma taką samą wagę z punktu widzenia polityki, o czym akurat dziennikarze powinni doskonale wiedzieć, bo ich mediami rządzą te same reguły. Być może amerykański sąd potraktuje Polańskiego jak zwykłego obywatela (wątpię, choć tak właśnie powinien postąpić), ale nie zmienia to faktu, że Polański zwykłym obywatelem nie jest (choć równym wobec prawa, a może i wobec Boga też). Polański ma polskie nazwisko, polski paszport i zaczynał karierę filmową w Polsce. Jak mało kto przyczynił się do promocji naszego kraju. Jest pewnie najwybitniejszym polskim reżyserem, co sprawia, że z politycznego (a i medialnego) punktu widzenia nie można traktować go jak byle pani Kociubińskiej. Wyroki wydają sądy, a nie dziennikarze, a wyrok jak na razie nie zapadł; o tym także warto pamiętać. Nawet jednak jeśli zapadnie i Polański do końca życia siedzieć będzie w kazamatach San Quentin, to i tak polscy politycy będą mieli prawo ubiegać się o jego wcześniejsze wypuszczenie. I to niezależnie od winy i kary, po prostu na tym do cholery m.in. polega polityka. Nie przypadkowo prezydent (polityk a nie sędzia!) ma prawo łaski. A wybitny artysta ma inną rangę niż szarak, choćby dlatego, że w więzieniu trudno mu będzie tworzyć, a tak się składa, że jego filmy podobają się milionom kinomanów na świecie i pewnie zarówno oni, jak i być może polscy politycy, chcieliby żeby powstały kolejne. Gdyby pisał wiersze do szuflady, to nie mam wątpliwości, że pies z kulawą nogą by się nim nie zainteresował.

Komentarze (6) Skomentuj
Środa, 30 Września, 2009
Nowa powieść Saramago
Disorder
Ukazał się własnie polski przekład nowej powieści jednego z moich ulubionych pisarzy, Portugalczyka José Saramago, pt. "Miasto białych kart". A oto kilka zdań recenzji + bonus w postaci mojego starego wywiadu z Noblistą z 1998 roku.

Czytelników „Baltazara i Blimundy” czy „Podwojenia” może zdziwić tempo akcji w nowej powieści portugalskiego Noblisty, ale też pamiętajmy, że Saramago ma w swoim dorobku książki niemalże przygodowe, jak choćby „Kamienna tratwa”. Ta ostatnia jest zresztą podobna do „Miasta białych kart” nie tylko pod względem fabularnym, ale też – niestety – równie przesycona polityką. Miejsce akcji nowej książki przywodzi inną powieść Saramago, niedawno zekranizowaną, „Miasto ślepców”, poruszamy się po tych samych ulicach, ale obywatele tym razem nie są tak ślepi jak poprzednio, tym razem zaślepiona jest władza. Każda z politycznych książek Saramago ma wspólny mianownik, lewicowy pisarz z lubością obnaża słabości demokracji, a „Miasto białych kart” jest przewrotną odwrotnością w gruncie rzeczy tych samych słabości, jakie wskazywał w „Mieście ślepców”. Kluczowym problemem jest brak możliwości sprawowania skutecznej kontroli nad nieposłusznym tłumem, ten z kolei chce jednak mieć prawo manifestowania potrzeb.
Przyznam, że nieco nachalna dydaktyka tej powieści nie przemawia do mnie, ale pod względem konstrukcji narracji, budowy zdań (nawiązującej do stylistyki komunikatu) i dialogów (łączonych w jeden ciąg słów i odczuć), jest to książka mistrzowska. Saramago dostał literackiego Nobla w pełni zasłużenie – za bogactwo języka, a nie za poglądy. Więcej...
Skomentuj
Wtorek, 29 Września, 2009
"Margot" Michała Witkowskiego
Disorder
Jeśli literatura ma bawić, to Michał Witkowski jest mistrzem pierwszej klasy, bo przy każdej jego książce można zaśmiewać się do łez. Wspaniałe wyczucie komizmu języka, autoironia, a przede wszystkim wielka parodia popkultury w jej najbardziej tandetnym wydaniu. „Margot” to właściwie trzy niemal niezależne opowieści. Mamy zatem tytułową bohaterkę, wychowankę domu dziecka, która wolność odnalazła jako kierowca TIR-a. Nocami na parkingach oddaje się zbiorowo przypadkowym kierowcom. Niepełnosprawna święta Asia od kierowców to z kolei pasjonatka CB Radio (rewelacyjnie Witkowski „podsłuchał” rozmowy zawodowych kierowców), cudownie doznaje ozdrowienia podczas jednej z wielu schematycznych rozmów. Wreszcie mamy przezabawną historię Waldiego Mandarynki, prostego chłopaka ze wsi, który przypadkiem stał się gwiazdą w jednym z reality show, by następnie zostać kochankiem starzejącej się piosenkarki. Akcja rozwija się niczym w niskobudżetowych produkcjach, mamy sceny jak z tanich dystrybuowanych w Internecie pornosów i scenariusze kolejnych odsłon TV show. Plugawy język ulicy i pseudoartystyczny bełkot celebrytów. A za maską humoru przeraźliwa świadomość pustki życia bohaterów książki Witkowskiego.
Jak dla mnie - świetne.
Skomentuj
Piątek, 25 Września, 2009
Pierdolenie o Szopenie
Disorder
Odbywający się w Krakowie Kongres Kultury Polskiej zamiast przyszłości kultury poświęcony był biadoleniu o mizerii finansowej i krytyce polityki rządu. „Bo premiera nie interesuje kultura, tylko piłka nożna” – mogliśmy usłyszeć. Państwo daje mało pieniędzy na kulturę, więc ta obumiera, a społeczeństwo idiocieje. „Ekonomiści niech się postarają policzyć, ile wart jest dla nas Chopin” – mówił Waldemar Dąbrowski.
Oczywiście Chopin jest dla nas (pamiętajmy, że także dla Francuzów) bezcenny. Ale jego geniusz nie pasł się na państwowym wikcie. Więcej...
Komentarze (3) Skomentuj
Czwartek, 10 Września, 2009
Patałachy cd.
Disorder
No i przegraliśmy ze Słowenią, no i jesteśmy na przedostatnim miejscu przed San Marino. Poziom - zero. Żenada. Cieszy tylko, że wyrzucili tego nadętego Beenhakkera, który nie ma odwagi przyznać się do błędów. Niestety, Smuda z pewnością lepszy nie będzie. Czekają nas chude lata w piłce nożnej.
Czesi i Słowacy wczoraj wygrali swoje mecze, Słowacy właściwie już są niemal pewni awansu, ja w kolejnych meczach będę kibicował Czechom, w tym 10 października także - przynajmniej będzie jakiś sens oglądania. 14 października, żeby nie było wątpliwości, będę kibicował Słowacji bo nie chciałbym żeby na ME jechali amatorzy z Irlandii Płn. 
Komentarze (1) Skomentuj
Środa, 9 Września, 2009
"Bikini" Wiśniewskiego
Disorder
Nie jest to powieść, którą autor „Samotności w Sieci” może zaliczyć do udanych, choć zdecydowanie najdłuższa i najbardziej wielowątkowa w jego dorobku. Można odnieść wrażenie, że Wiśniewski sam się w tej mnogości wątków i postaci gubi, a już na pewno gubi się czytelnik, zwłaszcza, że drażni monotonia zdarzeń, a schematyczność relacji międzypłciowych woła o pomstę do nieba. Mamy dużo seksu, czasem nawet w pomysłowych scenografiach, ale te zbliżenia są sztampowe i przez to pozbawione „chemii”. Mamy dwa wątki główne, obydwa wojenne i łatwo przewidzieć, w którym momencie się przetną, choć psychologicznie trudno wytłumaczyć relacje pomiędzy młodą Niemką, która przeżyła bombardowanie Drezna a żałośnie naiwnym amerykańskim korespondentem w Europie. Historia ich poznania się na wieży kościoła to banialuka dla pensjonarek, tyle że Wiśniewski rości sobie chyba pretensje swoją nową książką do utworu na miarę „Wyboru Zofii” Styrona, do którego zresztą między kartkami się odwołuje. W ogóle można odnieść wrażenie, że autorowi szybko zaczęło brakować własnych pomysłów i zaczął garściami czerpać ze spuścizny swoich poprzedników, nie kamuflując się przy tym zbytnio, co zresztą ratuje jakoś te podkradane wątki, bo od biedy można ich bronić, że są swego rodzaju flirtem z wyższą literaturą. Tyle, że flirt to tak samo koślawy jak i wszystkie flirty Stanleya, bohatera powieści. Zakończenie tej książki, które odwołuje się do tytułu (chodzi o Atol Bikini, na którym Amerykanie przeprowadzili doświadczenia z bronią nuklearną), to już niestety bełkot, pacyfistyczny, a jakże, bo pacyfizm jest trendy. W ogóle wiele w tej książce znajdziemy mniej lub bardziej jawnych zalotów w stronę rozpieszczających Wiśniewskiego redaktorek prasy kobiecej, choć myślę, że podmiotowy stosunek do kobiet i tak przebija przez te niepotrzebne umizgi i „Bikini” choćby i z tego powodu małe ma szanse na powtórzenie sukcesu w „Samotności Sieci”. A poza wszystkim innym to książka przegadana i nudna, co najmniej dwukrotnie za gruba. Redaktorzy z Bertelsmanna chyba wykazali się wobec modnego autora zbyt dużym pobłażaniem.
Komentarze (3) Skomentuj
Niedziela, 6 Września, 2009
Patałachy
Wczorajszy mecz z Irlandią Płn na szczęście oglądałem w barze w takiej odległości od niedużego ekranu, że niewiele widziałem, jedynie ruch niewyraźnych sylwetek i lot piłki. Pewnie lepiej było w ogóle nie być świadkiem tego upokorzenia, bo trudno inaczej myśleć o remisie z amatorami. Zwłaszcza, że oni wcale nie byli od nas gorsi! Chociaż pod koniec Polacy przycisnęli, to tak naprawdę zremisowaliśmy szczęśliwie, prawdopodobnie po golu samobójczym (bramkę zaliczono Lewandowskiemu, ale przez mgłę tytoniowego dymu wydawało mi się, że to nasi rywale życzliwie sami wpychają sobie piłkę do bramki skoro ani Brożek, ani Smolarek, ani jak zwykle beznadziejny Roger nie dają rady). Widziałem też, że bardzo dobry mecz rozegrał Krzynówek - po raz 95. w kadrze - którego większość kibiców po meczu ze Słowacją wysyłała na emeryturę. Krzynówek ma nie tylko ambicję, ale też siłę i umiejętności. Poza nim jak zwykle aktywnie i ambitnie grał Lewandowski, ale nie oszukujmy się - ten zespół nie ma ataku, obecnie nie ma komu strzelać bramek bo po prostu nie mamy utalentowanych napastników. Zagraliśmy słabo, ale - niestety - na miarę możliwości. Bawiąc się w profetyzm myślę, że Polska do końca tych eliminacji nie zdobędzie już ani jednego punktu, a grupę zakończy na przedostatnim miejscu, przed San Marino. Nie przypominam sobie żeby aż tak źle Polska grała i tak niską pozycję w tabeli zajmowała. Wciąż też myślę, że z tej grupy na pierwszym miejscu wyjdzie Słowacja, a na drugim będą, pomimo wszystko, Czesi, którzy bez problemu powinni zdobyć komplet punktów w tych kolejkach, w kórych my będziemy tracić. A Słowacja to absolutna sensacja naszej grupy i bardzo się cieszę, że wciąż podtrzymują dobrą passę.
Komentarze (4) Skomentuj
Wtorek, 18 Sierpnia, 2009
W Czarnogórze (2)
Disorder

Teraz obiecany kawałek górski z Czarnogóry. Miałem tym razem okazję objechać trudno dostępne trasy w górach Dormitor, Biogradskich, Komovi i wzdłuż kanionów rzek Piva i Tara, a rok wcześniej jechałem wzdłuż malowniczego kanionu rzeki Moracza. Kanion rzeki Tara jest największy w Europie, wysokość przekracza 1200 metrów (gigantyczne przepaście), sama rzeka ma rwący nurt, miałem okazję płynąć nią pontonem raftingowym, niezapomniane przeżycie. Dormitor i Biogradska Gora to parki narodowe, co jakiś czas mija się pojedyncze wiejskie chałupy, w których można posilić się owczym serem, dostać upieczony przez gospodarzy chleb, kupić rakiję. Poza tym są to tereny niezamieszkane, sporadycznie widuje się pracowników zajmujących się przecinką lasu. Wielkie wąwozy, stare, zwietrzałe skały tworzą fantastyczne krajobrazy, na stokach wypasają się owce i kozy. W górach Komovi obozowaliśmy nad maleńkim polodowcowym (i lodowatym) jeziorem i chyba było to najpiękniejsze miejsce na naszej trasie. Nad rzeką Tarą raz nocowaliśmy pod słynnym wielkim mostem na Tarze - przy Djurdjevicia Tara. Żelazny most zbudowano na wysokości 170 metrów, to także niezwykły widok - rozwieszony nad wielką lśniącą czerwono skałą przepaścią. Wrażenie robi też rzeka Piva, zwłaszcza na uregulowanych tamami odcinkach, gdzie rozlewa się niczym ogromne jeziora. A skoro jesteśmy przy jeziorze, to objechaliśmy też stromym górskim szlakiem niemal dookoła ogromne Jezioro Szkoderskie (rok wcześniej byłem w Szkodrze po stronie albańskiej, teraz zwiedziłem część czarnogórską tego wielkiego rozlewiska, które częściowo porośnięte jest tatarakiem, a po środku piętrzą się wielkie wzgórza). To największe na Bałkanach jezioro przez miejscowych nazywane jest błotem, gdyż jego brzegi obejmuje szeroki pas bagien, ale widok z góry na porośniete drzewami skalne wyspy jest baśniowy.
Wyjechałem już z Czarnogóry, z pewnym żalem, bo to jeden z piękniejszych zakątków Europy. Do większości miejsc, jakie tu odwiedziłem, nie dotarłbym samodzielnie, a zwłaszcza bez potężnego samochodu z napędem na cztery koła, który jak czołg pokonywał skały, rozpadliny, błota i górskie strumienie. Kładąc się spać wraz ze zmierzchem i budząc o świcie po raz pierwszy od dawna miałem okazję żyć w tempie natury. Chętnie zaszyłbym się na dłużej na odludnej polance gór Komovi, nad krystalicznie czystym jeziorem. Przyjemnie zapomnieć na jakiś czas o cywilizacji.

x x x
Wracałem przez Bośnię (zatrzymując się w Sarajewie, to była moja druga wizyta w Bośni, ale wciąż mam niedosyt, może w przyszłym roku przyjadę tu na dłużej, to tygiel religii i kultury, ale też punkt zapalny Europy, niezwykle ciekawy kraj), Serbię, Węgry i Słowację. A potem w domu dłuuuuga kąpiel.

Więcej...
Skomentuj
Czwartek, 13 Sierpnia, 2009
W Czarnogórze (1)
Disorder
Koniec bezdroży, po Czarnogórze poruszamy się wprawdzie głównie górskimi drogami, czasem bardzo trudno przejezdnymi, ale jednak są to normalne komunikacyjne szlaki. Zrobiliśmy też odcinek nadmorski, spędzając trzy dni w okolicach Budvy, a potem Kotoru.
W Czarnogórze jestem po raz drugi, pierwszy raz byłem jednak bardzo krótko, w ubiegłym roku w drodze do Albanii, jadąc wówczas niezwykle malowniczą, ale i trudną drogą wzdłuż głębokiego, skalistego wąwozu rzeki Moraczy, do Podgoricy, stolicy kraju, która jest chyba najbrzydszą stolicą w Europie.
Tym razem przekraczałem granicę w górach, na małym przejściu niedaleko czarnogórskiego miasta Plevlja. Ponieważ cały czas jestem w Czarnogórze, aktualnie przy granicy z Bośnią, nad Rzeką Tara, pomyślałem że podzielę relację na dwie części – górską (następnym razem) i nadmorską, przy czym trochę zaburzę chronologię, bo góry zdecydowanie dominują podczas tej wyprawy, a wybrzeże było tylko chwilą wytchnienia od serpentyn, widoku szczytów, wodospadów, rozpadlin i kanionów.
Wybrzeże Czarnogóry (Primorje)  ma zaledwie 290 km długości, z jednej strony graniczy z Albanią, z drugiej z Chorwacją. Jest tu pełno fiordów, półwyspów, wysepek, bardzo wysoki skalisty klif porośnięty śródziemnomorską sosną i grubymi drzewami oliwnymi, plaże są kamieniste, a w morzu pełno jest czarnych jeżowców. Pomimo licznych zatok woda jest chłodniejsza niż dalej na południe, w Albanii czy w niektórych regionach Chorwacji. Zjawiskiem niezwykłym jest Boka Kotorska – naturalny zespół półwyspów, fiordów, cieśnin i zatok, łącznie to obszar ponad 650 km kw, niezwykle atrakcyjny turystycznie, w związku z czym oblegany przez tłumy. Miałem możliwość oglądania Boki Kotorskiej z wysokości ponad 1000 m n.p.m., z górskiej drogi do Niksicia (główny browar Czarnogóry), ale najciekawszym miejscem jest średniowieczne miasto Kotor, otoczone grubymi murami, ze wspaniałą katedrą św. Trybuna, wąskimi brukowanymi uliczkami, licznymi świątyniami, miejskim targowiskiem, bogatymi kamienicami. Przez wiele wieków miasto należało do Republiki Weneckiej, a weneckie lwy widać w każdym niemal zaułku. Kotor to także port, oczywiście plaża, a wysoko nad miastem górują ruiny fortecy.
Byłem też niedaleko pięknie położonego na wyspie (połączonej z lądem wąską groblą) miasta Sveti Stefan (obozowaliśmy dwa kilometry dalej na kempingu nad morzem). Niestety aktualnie nie ma wstępu na teren starego miasta, można je jedynie podziwiać z zewnątrz, wspaniale wygląda zarówno w porannych promieniach słońca, jak i nocą, kiedy podświetlane są mury obronne i budynki kościołów. Byłem też w innym nadmorskim średniowiecznym mieście – Budvie, która do pewnego stopnia przypomina Dubrownik. Starówka wciśnięta jest w wąski cypel i otoczona morzem, przepłynąłem wpław wzdłuż murów cytadeli, od strony morza wciąż miasto wygląda jak niemożliwa do zdobycia twierdza. Poza starówką Budva to plażowiska i kurort, trudno tu wytrzymać, na szczęście spałem sześć kilometrów od miasta. Poza tym Primorje jest dość drogie, nie tak drogie jak wybrzeże chorwackie, ale za namiot na kempingu płaci się 8 euro dziennie, za obiad w knajpie 5-8 euro, a piwo w butelce 0,33 kosztuje 1,50 euro.
To w dużym skrócie, bo czas mnie goni, wklejam kilka fotek. Trzydniowy pobyt nad morzem był wspaniałym odpoczynkiem po bardzo trudnej wyprawie. O górskich odcinkach Czarnogóry napiszę za kilka dni, jak stąd wreszcie wyjadę. A teraz marznę w górach przy wąwozie wielkiej rzeki Tara. Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Sobota, 8 Sierpnia, 2009
Bezdroża Serbii
Disorder
Opuściłem już deszczową Rumunię. Ostatnią noc przed przejazdem do Serbii spędziłem na odsłoniętym szczycie na wysokości 2000 metrów w Karpatach Południowych, na Munti Capatini, niedaleko przełęczy Urdele. Wiało tak, że namiotem rzucało na wszystkie strony, a temperatura powietrza w nocy spadła poniżej zera. Spanie na odsłoniętej przestrzeni na takiej wysokości było szaleństwem, ale trzeba przyznać, że widok ze skalistego szczytu na stoki poniżej był imponujący. Tuż przed granicą, w naddunajskim mieście o długiej nazwie Drobeta Turnu Severin zapłaciłem mandat rumuńskiej policji, a zaraz za granicą, w mieście Donji Milanovac skasowała mnie policja serbska. W obydwu przypadkach wyszło plus minus po 20 euro.
Przez Serbię jechaliśmy piękną drogą wzdłuż Dunaju, który w niektórych miejscach rozlewa się niczym morze, osiąga szerokość siedmiu kilometrów. Wysoki skalisty brzeg wyglądałby jak kanion, gdyby rzeka nie była tak szeroka. Droga wiedzie m.in. przez miejscowość Golubec, gdzie nad samą rzeką góruje średniowieczna twierdza, ruiny zamku, gdzie zginął podobno Zawisza Czarny. Na skałach wygrzewają się wielkie kolorowe jaszczurki, jakich nigdy wcześniej w Europie nie widziałem.
Nie będę was zanudzał kolejnymi opisami błota, dziur i innych przeszkód, wczoraj spędziłem za kierownicą 14 godzin i kiedy wysiadałem świat migotał mi przed oczami. Naszym celem w Serbii był festiwal trębaczy w miejscowości Gucza, ogromna impreza, która ściąga aż 200 tysięcy ludzi z całego świata. Absolutnie nie jestem miłośnikiem trąb, ale znawcy twierdzą, że Gucza to najlepsza tego typu impreza na świecie. Może i tak…
Następną kartkę wyślę z Czarnogóry. Więcej...
Skomentuj
Środa, 5 Sierpnia, 2009
Bezdroża Rumunii
Disorder
Kolejna noc w deszczu, w strugach deszczu, w strumieniu deszczu spływającego z góry wprost w dolinę, w której rozbiliśmy namioty. Śpiwór przemoczony, w namiocie kałuża, takiej ulewie mój mały namiot nie jest w stanie długo stawiać oporu. Zazwyczaj sielska i malownicza Rumunia w deszczu wygląda jak przystało na ojczyznę Draculi, nomen omen wczoraj spałem w Transylwanii.
Granicę z Rumunią przekroczyliśmy trzy dni temu, w nocy, trzymani kilka godzin na granicy przez ukraińskich celników. Na ironię zakrawa plakat reklamowy, rozwieszony na granicy w Sołotwino, informujący o tym jak to niby kulturalnie przebiega odprawa. Kultura polega na wyłudzaniu łapówek. Wsadzam w paszport 20 hrywien (to norma), a buc zwraca i kręci głową, że mało. Puszcza z uśmiechem od ucha do ucha za 100 (ok. 40 złotych). Piszę otwarcie, że wręczałem urzędnikowi łapówkę, nie po to żeby przekupić, ale żeby w ogóle móc pojechać. I my mamy razem organizować Euro? Zanim Ukraina zostanie przyjęta do wspólnej Europy dorosnąć musi chyba nowe pokolenie, choć nie wiem czy to coś pomoże, bo przecież dorasta na wzorcach, że liczy się tylko cwaniactwo i wymuszenie.
Pierwszą noc w Rumunii spędziliśmy w Sapancie, niedaleko granicy. Miasteczko znane jest z „wesołego cmentarza”. To rzeczywiście niezwykłe miejsce, na każdym grobie jest niebieska drewniana tabliczka, a na niej pogodny obraz przedstawiający profesję lub upodobania trupa (nie brakuje birbantów, co ciekawe – na tablicach przedstawianych w towarzystwie kolegów od kieliszka, choć ci spoczywają w innych grobach). Cmentarz powstał w 1935 roku, ale wciąż ludzie są tu chowani, więc wesołych tablic przybywa.
Pojechaliśmy bezdrożami Rumunii, to zakopując się w błocie, to utykając na kilka godzin na wielkich głazach w korytach wyschniętych strumieni. Trasa rajdu jest bardzo trudna, mój samochód już kilka razy był wyciągany z błocka, co obrazują zdjęcia. Najgorszy jednak jest deszcz, aktualnie jedynym suchym miejscem – w którym siedzę, pisząc te słowa – jest kabina samochodu, zresztą śpię w aucie, bo w namiocie się nie da. Rozbijamy się za każdym razem na dziko, dziś akurat na pastwisku, gdzieś w górach, szczerze mówiąc nie mam pojęcia gdzie… Wczoraj spałem nad rzeką Firei (lodowaty górski potok), dziś już pogubiłem się na mapie, zresztą tych dróg nie ma na mapach, bo ten cholerny rajd nie przebiega po drogach. Jedynym dzisiaj kontaktem z miejscową ludnością była babcia pędząca stado krów przez łąkę, na której rozbiliśmy namioty. Daliśmy jej w prezencie czekoladki.
Jutro planowaliśmy dotrzeć do Serbii, ale pewnie nic z tego nie wyjdzie, dziś nieprzewidzianie spędziliśmy trzy godziny wciągając linami samochody na strome kamieniste wzgórze. Jesteśmy bardzo daleko od celu, ale mnie bardziej martwi, że jestem bardzo daleko od wanny i ciepłego łóżka. Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Niedziela, 2 Sierpnia, 2009
Bezdroża Ukrainy
Disorder
Właśnie rozbiliśmy namioty w wysokiej trawie, wiele kilometrów od jakiejkolwiek wsi w górach Świdowca, w drodze na Rachoń i w stronę granicy z Rumunią. Komary tną straszliwie, niestety nie ma w pobliżu żadnej rzeki, a po całym dniu jazdy bezdrożami włosy, usta, uszy, nos, każdy por skóry pełen mam kurzu. Udało się zebrać trochę drewna na ognisko bo noc jest chłodna. Wczoraj spaliśmy w górach Gorganach nad rzeką Mizinką, cudownie orzeźwiająca była poranna kąpiel w lodowatej wodzie, jednocześnie jedyna szansa by się umyć. Mijamy co jakiś czas ukraińskie wsie z niebieskimi chałupami. Gdzie niegdzie widać złote kopuły cerkwi, dzieci zaciekawione kawalkadą wielkich samochodów biegają machając za nami.
Przygody dotyczą jak na razie wyłącznie doświadczeń z ukraińską policją. Tu łapówki są czymś tak oczywistym, że jeśli ktoś ich nie daje, to jest podejrzany. Policja – jak się już ustawi na drodze – to zatrzymuje niemal każdego, nawet rowerzystów. Stoją po trzech i czepiają się czegokolwiek, że za mało powietrza w oponie, że samochód brudny, że kolumna jedzie bez pilota. Standard to 20 hrywien włożonych w dokument i można jechać (20 hrywien to niespełna 10 zł). Nic nie dziwi, że standardowy oficer policji drogowej przypomina sierżanta Garcię – najpierw widać brzuch, potem absurdalnie wysoką czapkę a pod nią tłustą gębę z nieodłącznym szerokim uśmiechem. Osobny rozdział to wyłudzający łapówki pracownicy straży granicznej, tak długo trzymają każdy samochód, dokąd nie dostaną swojej "wziatki", jak ktoś nie chce dać to stoi, choćby i cztery godziny...
Jutro przejeżdżamy górami na teren Rumunii, dalej droga będzie wiodła przez Serbię i Czarnogórę. Ten pierwszy odcinek trasy jest najmniej ciekawy i najbardziej męczący, trzeci dzień spędzam po 13-14 godzin za kierownicą wielkiego i mocno wysłużonego  Land Rovera. Napiszę niebawem, jak znajdę wolną chwilę i zasięg, bo o łączność GPRS wcale w górach nie łatwo. Więcej...
Skomentuj
Niedziela, 26 Lipca, 2009
Harry PotterTM czyli sakwa bez dna
Disorder
24 lipca do polskich kin weszła ekranizacja przedostatniej już części sagi o małym czarodzieju „Harry Potter i Książę Półkrwi”. Film nakręci spiralę sprzedaży – książek, gadżetów, gier komputerowych. Pozostanie jeszcze do zekranizowania „Harry Potter i Insygnia Śmierci”. Co dalej?
Myślę, że dalej będzie jeszcze lepiej, bo „Harry Potter” to perpetuum mobile, sakwa bez dna. Jedna z najbogatszych kobiet świata, Joanne K. Rowling, stworzyła dzieło, które praktycznie może nie mieć końca, choć historia samego Harry’ego raczej definitywnie skończyła się na siódmym tomie, trudno bowiem wyobrazić sobie powrót do tej zamkniętej opowieści. Rowling wykreowała świat, który może nieprzerwanie czerpać z własnej mitologii, tu niemal każdy przedmiot magiczny, każda postać, pozornie drobny detal dla fanów mają ogromne znaczenie. Pisarka (być może dzięki podszeptom agentów lub ekspertów z Warner Bros, które dysponuje prawami do filmowego wizerunku Pottera?) doskonale odnalazła się w świecie masowej kultury, tego, co w języku angielskim określa się mianem enterteinment, a w polskim moglibyśmy określić jako masowa rozrywka. To świat zaludniony płodami nie tylko wyobraźni Rowling, lecz zbiorowej fantazji wszystkich czytelników. Mamy tu do czynienia ze zjawiskiem podobnym do „Władcy Pierścieni”, tyle, że Tolkien żył w innych czasach, ukończył dzieło już w podeszłym wieku, i nie miał szansy skorzystać z dobrodziejstw masowego produktu branży rozrywkowej jakim stała się jego trylogia, a w ślad za nią i wszystkie pozostałe ksiązki, a – jak się okazało później – także nieukończone rękopisy. Jestem przekonany, że Rowling będzie eksploatować swój świat, już to zresztą zaczęła robić wydając „Baśnie Barda Beedle’a” czy wcześniej: „Quidditch przez wieki” oraz „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” – książki-gadżety, występujące w poszczególnych tomach „Harry’ego Pottera” jako rekwizyty, ale przecież będące jak najbardziej realnym produktem uzupełniającym cykl. Rowling zasygnalizowała także prequel do historii o Harrym – opublikowane on-line opowiadanie, którego akcja dzieje się trzy lata przed narodzinami Harry’ego i przedstawia krótką przygodę Jamesa Pottera i Syriusza Blacka z mugolskimi policjantami. Ale przecież opowieść o rodzicach Pottera aż się prosi o osobną książkę. A biografia Albusa Dumbledore’a, historia jego relacji z Grindewaldem, nie mówiąc o jego alchemicznych dziełach napisanych wspólnie z Nicolasem Flamelem? A przecież wcześniej czy później Rowling będzie musiała również sięgnąć po cięższą fabułę, taką, która z powodzeniem nada się na kolejny film i rozbudzi wyobraźnię czytelników. Doskonale nadawać się do tego będzie historia młodego Toma Riddle’a, znanego później jako Lord Voldemort. Mroczna to będzie opowieść, ale przecież zawierająca nie jeden morał. A dalej? – może opowieść o nieszczęśliwej miłości Severusa Snape’a i Lily Evans, przyszłej matki Pottera? To tylko kilka możliwości, bo przecież ten świat roi się od niedokończonych opowieści, tajemniczych przedmiotów, nieznanych bliżej stworzeń, pourywanych historii. Więcej...
Skomentuj
Piątek, 24 Lipca, 2009
Stachura
Disorder
Czytam właśnie w Wirtualnej Polsce, że mija dziś 30 lat od śmierci Edwarda Stachury. Do niedawna jeszcze postać niemal mitologizowana, ale wraz z przeminięciem hipisowskiej mody odchodzi w zapomnienie. Nigdy nie byłem fanem jego sentymentalnej poezji, tych narcystycznych umizgiwań się do samego siebie, tych "wrzosowisk", na których długowłose małolaty z gitarami palą ogniska i zawodzą do późnej nocy protest-songi. Jest jednak książka w dorobku Stachury niezwykła, którą sobie przypomniałem, czytając wspominkową notkę w Internecie. Jest nią "Cała jaskrawość" (1967), bezpretensjonalna i krótka ekspresja nad pięknem świata. Z jednej strony mamy parę bohaterów - Edmunda i Witka - którzy na pewno piękni nie są, ale wokół nich eksploduje zieleń skąpana w słońcu. Stachura pisze o szlamowaniu stawu, ale przecież równie dobrze mogła by to być amazońska dżungla. Uwodzi mnie w tej książce ta niczym nie skrępowana, wolna od trosk i pragnień, radość z samego życia. No i bogactwo zmysłów, którego sam nie posiadam...
Ale przecież poza pięknem i witalnością, jest w tej książce ukryty smutek. Bo bohaterowie idą do nikąd, jak sam Stachura zresztą. "Droga jest jak ciągłe odkładanie samobójstwa" - pisał - "popełnianego co krok, co krok". Cóż, można afirmować życie by zaraz później je sobie odebrać - oto mroczna tajemnica ludzkiej duszy.
W to zimne, burzliwe lato warto wrócić do "Całej jaskrawości", zapominając jednak dokąd zaprowadzić może droga.
Komentarze (1) Skomentuj
Środa, 22 Lipca, 2009
Leszek Kołakowski
Disorder
17 lipca w Oksfordzie zmarł Leszek Kołakowski. Pogrzeb profesora odbędzie się 29 lipca na Cmentarzu Powązkowskim w Alei Zasłużonych. Miał 82 lata.
Kołakowski był dla mnie ostatnim żyjącym autorytetem, filozofem, z którego pism promieniowała miłość do człowieka i szacunek dla prawdy. Jego „Główne nurty marksizmu” były jedną z moich najważniejszych lektur, czytałem je jako dwudziestokilkulatek, z uwagą zakreślając niemal każde zdanie, które odnosiło się do takich kluczowych wtedy dla mnie zagadnień jak: wolność i rola jednostki w społeczeństwie, konsekwencje dialektycznego pojmowania historii, determinizm i rola przypadku, wreszcie represyjne skutki samej idei. W jednym z nowszych wydań „Głównych nurtów”, już wiele lat po ich napisaniu, Kołakowski pisał we wstępie: „Doktryny filozoficzne nigdy całkiem nie umierają, osadzają się w kulturze, czasem w jej podziemiach źle widocznych i nieraz stamtąd nadal już to nęcą, już to straszą. (...) Marzenia o społeczeństwie doskonałym należą do trwałego zasobu naszej cywilizacji”.
Kołakowski zajmował się ontologią, badał strukturę rzeczywistości i to w sposób możliwie najszerszy, zajmując się podstawowymi pytaniami nękającymi filozofów: o byt, o czas, o nasze miejsce na ziemi, o Boga, o przestrzeń, o dobro i zło, prawdę i fałsz, jednostkę i społeczeństwo. Wzorem filozofów oświecenia próbował ogarniać jak najszersze zakresy wiedzy, ale robił to z niezwykłą pokorą, a jego wykłady zawsze były klarowne, z głęboko ukrytym Ja ich autora. Kołakowskiego cechował niespotykany w polskim dyskursie politycznych i historycznym spokój oraz obiektywizm, a przecież nie można powiedzieć, że profesor jedynie stał z boku i chłodno analizował, nie. Obchodziła go w równym stopniu historia filozofii, co kondycja ontologiczna współczesnego społeczeństwa, ale nawet gdy rozprawiał się z mitami, czy mówiąc wprost – z wrogami – robił to rzeczowo i bez publicystycznego zacięcia polemisty.
Pozostawił po sobie wiele niezwykle ważnych książek, jak choćby z wczesnych prac „Obecność mitu” czy wspomniane „Główne nurty marksizmu”, swoiste opus magnum i rozliczenie z własnymi młodzieńczymi poglądami, oraz późniejsze książki, m.in. „Bóg nam nic nie jest dłużny” – przypomnienie sporu wokół woli człowieka w obliczu łaski Boga – czy mające bardziej popularyzatorski charakter: „Moje słuszne poglądy na wszystko” i „Miniwykłady o maksisprawach”, które w ostatnich latach zjednały mu wielu czytelników.
Tym, co cechowało pisarstwo Kołakowskiego zwłaszcza w ostatnich latach jego życia, była zwięzłość wywodu, wręcz skłonność do kondensowania wielu myśli w jednej strawnej dla odbiorcy pigułce. Jego wywód nie tylko był jednak klarowny, lecz jednocześnie otwarty na wiele punktów widzenia. Profesor nie narzucał czytelnikowi swojego punktu widzenia, lecz zderzał wiele opinii, pozwalając wybrać tę najsensowniejszą.
Jeśli rozumieć filozofię, jako próbę dotarcia do prawdy, to tym właśnie zajmował się Kołakowski. Zadawał wiele uniwersalnych pytań: o Boga, o etykę, o istotę człowieczeństwa; pytał, ale nie dawał odpowiedzi, bo tych nie można kategorycznie udzielić na pytania czy powinna być w kodeksie kara śmierci lub czy Bóg istnieje? Spuścizna Leszka Kołakowskiego to doskonała lekcja pokory dla tych wszystkich, którzy myślą, że wszystko wiedzą. To także lekcja dyskusji. Nie mam wątpliwości, że świat byłby dużo lepszy, gdyby ludzie spierali się o wartości tak, jak nas tego uczył profesor Kołakowski.
Komentarze (3) Skomentuj
Wtorek, 21 Lipca, 2009
Mighty Sounds w błocie
Disorder
Nie zobaczyłem Buzzcocksów, ani nawet Houby, przejechałem 800 km żeby utaplać się w błocie... to już lepiej było jechać do Jarocina :(
W ubiegłym roku pierwszy raz byłem na festiwalu Mighty Sounds w Olsi obok Tabora, w Czechach i bardzo mi się podobało (grały m.in. Vice Squad i Subhumans). Festiwal organizowany jest w szczerym polu, 12 km od miasta, ale w oparach zioła to nie przeszkadza by dobrze się bawić. Kłopotliwy jest sam dojazd, bo to ponad 11 godzin w samochodzie (ja dojazdy rozbijałem na dwa dni - w tym roku zatrzymaliśmy się na pierwszą noc we Frydku-Mistku) no i dość drogo wychodzi ta zabawa, pomijając benzynę, to 750 koron za karnet, a w tym roku dodatkowo 300 koron za pole namiotowe (w ubiegłym było za darmo), piwo na miejscu po 29 koron, fermet za 30, zelena za 25... Korona = 1,70 zł. Dotarliśmy pierwszego dnia akurat na występ czeskiej grupy Totalni Nasażeni, którą chciałem zobaczyć, i która mocno rozczarowała. Tylko przyjechaliśmy, a zaczęło padać. Po występie słowackiego Konfliktu ulewa była już tak straszna, że na części scen wstrzymano występy, a ludzie tłoczyli się w namiotach, czekając półtorej godziny na przejście nawałnicy. Potem padało lżej, za to zrobiło się gęste błoto, w którym można było zapaść się po kolana. Mieliśmy sporo ubawu, wywracając się w błocku, oczywiście wyglądaliśmy jak pracownicy rolni, a moje glany przypominały oblepione gliną gumiaki. Zabawa trwała w najlepsze pomimo deszczu, namiot rozstawiłem dobrze po północy, w stanie wskazującym, korzystając z przerwy w opadach.
Wszystko by było ok., błoto i deszcz to w końcu też jakaś tam (wątpliwa) atrakcja, gdyby nie fakt, że następnego ranka obudziłem się mokry i głodny z 300 koronkami w kieszeni. Postanowiłem pojechać do Tabora do bankomatu i kupić coś do jedzenia... No i okazało się, że mam problem. Mój samochód jest ciężki jak czołg ale nie ma napędu 4x4. Nie mogłem wyjechać gdyż jedyna droga zamieniła się w grzęzawisko. Dopiero miejscowy chłop z traktorem wyciagnął nas z breji za 50 koron i odstawił do asfaltowej drogi. Pojechaliśmy do Tabora, tam znaleźliśmy jakiś nocleg... Początkowo myślałem żeby wrócić do Olsi na Buzzcocks, ale jak? Traktorzysta mnie z powrotem nie wciągnie na pole namiotowe (namioty zresztą zwinęliśmy w deszczu), niby można było zostawić samochód we wsi 2 km od koncertu i ruszyć z buta, ale - tam Buzzcocks i ulewa, a tu ładne miasto i jeszcze ładniejsze knajpy kuszące zimnym Budweiserem... Cóż, olałem Olsi ciepłym moczem, szkoda 750 koron na karnet, szkoda Buzzcocksów, ale chęć napicia się piwa wzięła górę i tak straciłem tegoroczne Mighty Sounds. Następnego dnia uciekliśmy do Olomouca, znów padało, a gdy pada to przyjemniej czas upływa w barze niż w błocie. Tak to już jest. Za rok chyba jednak wybiorę festiwal bliżej jakiegoś miasta. Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Poniedziałek, 6 Lipca, 2009
Co czytają Polacy?
Disorder
W najnowszym numerze tygodnika "Wprost" jest moja i Kuby Frołowa analiza pt. "Co czytają Polacy?". Co czytają, to sobie możecie przeczytać we "Wprost", mnie natomiast zastanawia - a o tym nie piszemy w artykule - niebywała wiarność czytelników dla swoich ulubionych autorów. Popatrzmy na listy bestsellerów, od lat wciąż te same nazwiska. Swoistym fenomenem był dla mnie przez wiele lat Wharton, kolejne książki pisał coraz gorsze, a wciąż ludzie je kupowali i czytali! Zawsze bronię preferencji czytelniczych, nie ważne czy ktoś lubi harlequiny czy woli Llosę, uważam, że najważniejsze, że czyta książki a nie gapi się w TV (bo przynajmniej zachowuje się cicho i innym nie zawadza). Rozumiem zatem, że można chcieć czytać złą literaturę, ale skąd ta niezwykła wierność autorom w kraju, w kórym każdego roku wychodzi kilkanaście tysięcy nowych książek? Wynika chyba z braku elementarnej ciekawości czegoś innego. Pewnie z tego samego powodu ludzie spędzają 40 lat w jednym związku. I jeszcze jedna rzecz, o której we "Wprost" bym nie napisał, otóż moim zdaniem z tych kilkunastu tysięcy może ukazuje się rocznie kilkanaście naprawdę wartościowych pozycji, takich, kóre pozostają w człowieku na dłużej, skłaniają do refleksji. Sam czytam plus minus dwie książki tygodniowo, a w przypadku większości po trzech dniach nawet nie pamiętam tytułów (inna sprawa, że z moją pamięcią nie jest najlepiej). Pisarze oczywiście też idą na łatwiznę i większość z nich produkuje seriale. W ogóle mam wrażenie, że kultura, nie tylko literatura, zmierza do jakiejś absurdalnej taśmowej unifikacji, stała się dobrem konsumpcyjnym, a artysta sprawnym rzemieślnikiem - producentem rozrywki. W sumie smutne. Więcej...
Komentarze (2) Skomentuj
Niedziela, 28 Czerwca, 2009
Najważniejsze?
Disorder
W połowie czerwca na łamach „Polityki” ukazała się próba podsumowania ostatnich 20 lat w polskiej literaturze (link). Z tej okazji zorganizowano plebiscyt Internautów na najlepszą książkę tego okresu. Oto wyniki: „Lód”, Jacek Dukaj – 33 proc., „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną”, Dorota Masłowska – 12 proc., „Widnokrąg”, Wiesław Myśliwski – 11 proc., „Dom dzienny, dom nocny”, Olga Tokarczuk – 8 proc., „Weiser Dawidek”, Paweł Huelle – 7 proc., „Spis cudzołonic”, Jerzy Pilch – 7 proc., „Gnój”, Wojciech Kuczok – 5 proc., „Lubiewo”, Michał Witkowski – 4 proc., „Hanemann”, Stefan Chwin – 3 proc., „Dukla”, Andrzej Stasiuk – 3 proc.
Przyznam, że pierwsze miejsce jest absolutnie szokujące i świadczy o zastraszająco krótkiej pamięci czytelników, cały dobór także zaskakujący. Lubię bardzo wiele z wymienionych powyżej książek, niektóre są znakomite, jednak tylko jedna tak naprawdę wybitna, poza tym niektórzy autorzy (Pilch, Stasiuk) popełnili w tym okresie lepsze dzieła. Oczywiście lepsze-gorsze to rzecz względna, o gustach się niby nie dyskutuje, ale stawianie „Lodu”, bardzo dobrej zresztą książki, na pierwszym miejscu musiało zażenować chyba samego Dukaja.
Przy okazji jednak zastanowiłem się nad moją top-listą ulubionych książek ostatnich dwudziestu lat w polskiej literaturze. Po zastanowieniu jestem chyba w stanie wymienić pięć tytułów z tego okresu, które pozostawiły we mnie trwały ślad, a nie tylko się podobały. Są to:
1. „Heban”, Ryszard Kapuściński
2. „Widnokrąg”, Wiesław Myśliwski
3. „Warunek”, Eustachy Rylski
4. „Piesek przydrożny”, Czesław Miłosz
5. „Seans”, Witold Horwath
Jeśli macie jakieś własne propozycje, to piszcie.
Komentarze (3) Skomentuj
Poniedziałek, 22 Czerwca, 2009
Divisadero
Disorder
Wciąż pada deszcz, nic się ciekawego nie dzieje, a jak się dzieje to nie zauważam, leżę więc leniwie na kanapie i czytam - właściwie to w znacznym stopniu nadrabiam braki w lekturze, głównie podróżniczej szukając inspiracji do jakiejś ucieczki :) Z nowych pozycji wpała mi ostatnio w ręce powieść „Divisadero” Michaela Ondaatje. Powieść wielowątkowa, urzekająca liryzmem, ale też bardzo nierówna, sprawia wrażenie jakby autor posklejał ją z kilku niedokończonych opowiadań. Pozornie wątki te splatają postaci trojga bohaterów, dzieci, które dorastały w jednym domu choć nie były rodzeństwem, wychowane przez samotnego mężczyznę. Pozornie, bo narracja często zbacza, a spinająca poszczególne opowieści klamra jest ledwie zarysowana. Właściwie akcja nie ma większego znaczenia, mamy tu dramat rodziny, nagle brutalnie rozbitej, ale tak naprawdę przecież to nigdy nie była rodzina, więc może raczej możemy mówić o rozerwanej miłości. A potem jest poszukiwanie i ucieczka, i jeszcze brak poczucia, że się jest u siebie, na miejscu. Autor „Angielskiego pacjenta” nie kończy swoich opowieści, zawiesza je, jakby chciał pokazać, że historia życia jest czymś drugorzędnym w obliczu uniwersalności uczuć. Ale w tych uczuciach jest strasznie dużo goryczy, a czasem wręcz niszczycielskiej siły, a także poczucia niespełnienia.
Skomentuj
Piątek, 19 Czerwca, 2009
Nowa powieść Krajewskiego
Disorder
Jedno jest pewne, Marek Krajewski potrafi utrzymać czytelnika w napięciu. Zarówno jednak jego popisy erudycji, łacińskie sentencje, literackie hiperbole, jak i coraz bardziej makabryczne opisy zbrodni, chyba przestały już budzić emocje krytyków. Bo ileż można na jedno kopyto? Analizy sukcesu najbardziej popularnych seriali (także literackich) pokazują, że – niestety – można w nieskończoność, bo przeciętny czytelnik wcale niczego nowego nie oczekuje. I chyba Krajewski ma tego świadomość, ze szkodą jednako dla narracji. Moim zdaniem ostatnią bardzo dobrą książką były „Widma w mieście Breslau”, od czasu „Festung Breslau” autor stracił koncept na intrygującą zagadkę kryminalną, a Eberhard Mock – niczym stary znajomy – stał się nieznośnie w swoich zachowaniach i upodobaniach przewidywalny. Oczywiście, Krajewski nawet w tych słabszych powieściach dystansuje swoich konkurentów do tytułu mistrza polskiego czarnego kryminału, jednak wierny czytelnik jego cyklu ma prawo oczekiwać czegoś więcej... być może odrobiny wytchnienia i bardziej przemyślanej nowej książki.
W „Głowie Minotaura” znaczną część akcji Krajewski przeniósł do Lwowa. Zupełnie niepotrzebnie. Breslau w jego książkach to miasto żyjące historią i lokalnymi smaczkami, którymi oddycha niejako każda brama. Natomiast przedwojenny Lwów jest papierowy, odmalowany z map, kronik i kilku przechadzek po ulicach, które wprawdzie zachowały ślady historii, ale widać, że autor nie miał czasu bliżej ich poznać i dlatego kreśli topografię w sposób przewodnikowy. Nie podoba mi się ani postać Edwarda Popielskiego – polskiego policjanta, odpowiednika Eberharda Mocka, ani sam Mock, który występuje w tej powieści w roli mentora, ani ponura historia córki Popielskiego i jej zwyrodniałego fatyganta. Można odnieść wrażenie, że autor nieco na siłę chce nam zaserwować jak najwięcej ohydy, która nie buduje jednak nastroju. Trzymają w napięciu wątki śledztwa, znakomite – jak zwykle u Krajewskiego – są też elementy obyczajowe, te wszystkie wizyty w katowickich burdelach i lwowskich spelunkach, z zachowaniem przedwojennej gwary, szczególnie bałaku łyczakowskich baciarów.
Komentarze (2) Skomentuj
Wtorek, 16 Czerwca, 2009
Igrzyska śmierci - czyżby powieść dla młodzieży?
Disorder
Zarówno sam wydawca jak i recenzenci zaliczyli wydaną niedawno po polsku (wydawnictwo Media Rodzina) powieść Suzanne Collins „Igrzyska śmierci” do literatury młodzieżowej. Dziwi mnie to niezmiernie, bo jest to powieść nie tylko pełna brutalności, w tym morderstw, ale też pokazująca wyzbyty jakichkolwiek zasad moralnych świat, w którym wygrywa przede wszystkim spryt, w którym życie ludzkie staje się rozrywką, a uczucia elementem autopromocji. Zło jest tu wszechobecne i nie znajduje kary, oczywiście próżno szukać morału czy choćby ukarania winnych. Winna jest władza, której bohaterowie w strachu się podporządkowują, a nawet jeśli chwilowo jej się przeciwstawiają, to zaraz posypują głowę popiołem tyleż w geście beznadziei, co serwilizmu.
„Igrzyska śmierci”, stanowiące część większego cyklu powieściowego, osadzone są w mrocznej futurologicznej scenerii, w której władzę sprawuje się dzięki terrorowi i całkowitej kontroli medialnego przekazu. Mieszkańcy utopijnego państwa Panem nienawidzą władzy, ale jej się nie przeciwstawiają, zachowują fatalistyczną bierność. Suzanne Collins napisała powieść trzymającą w napięciu, świetnie pokazała psychologię ofiary, ale czy książka, w której dzieci mordują się z zimną krwią na arenie igrzysk jest dobrą lekturą dla młodzieży? Wątpię. Są tu tortury, są sceny rodem z horroru, jest też napięcie seksualne. Collins odziera swoich bohaterów z człowieczeństwa, pokazując, że celem nadrzędnym jest przetrwanie. Wiemy to co najmniej od czasów Darwina, jednak czy tego właśnie powinna uczyć literatura dla młodzieży? Też wątpię. „Igrzyska śmierci” to naprawdę dobra książka, ale zdecydowanie dla dorosłych. A może się czepiam? Więcej...
Komentarze (8) Skomentuj
Niedziela, 14 Czerwca, 2009
Wojna polsko-ruska
Disorder
Rzadko chodzę do kina, ale na "Wojnę polsko-ruską" było warto. Choć scenariusz filmu rozbija chronologię narracji w powieści, to zachowuje nie tylko wszystkie najważniejsze jej elementy (sposób wyrażania siebie bohaterów, mówiąc najogólniej i z hiphopowym patosem), ale i wątki, a jednocześnie wprowadza pewną hiperrealność rodem z języka kina, obrazów jak z filmów Quentina Tarantino, "Trainspotting" czy "Requiem dla snu". To konwencja nawiązująca do kreskówek, w kórych niemożliwe staje się prawdziwe, z której reżyser Xawery Żóławski z powodzeniem skorzystał, choć oczywiście można się przyczepić, że takie rzeczy to nie po amfie, którą wciągają bez umiaru Silny i jego otoczenie, lecz po psychodelikach, kiedy to zmieniają się kolory a ściany zaczynają oddychać. Ani Masłowska, ani tym bardziej Żuławski nie próbują nam jednak zaserwować dzieła o ambicjach wiarygodności zdarzeń, przeciwnie, im bardziej fabuła odkleja się od rzeczywistości, tym lepiej. Doskonała rola Borysa Szyca jako sentymentalnego drania - Silnego. Czytałem recenzje w prasie, jakieś pierdoły, zastanawianie się czy Silny to współczesny bohater narodowy, Masłowska musi mieć ubaw po pachy z takich roztrząsań. Szyc obnaża zresztą genialnie wszystkie słabości Silnego, a że w tym całym swoim umysłowym zbydlęceniu nie jest odrażający... cóż, nie taki miał być przecież, przynajmniej nie w książce Masłowskiej, której krytycy filmowi zdaje się, że nie przeczytali, a mogli, bo długa nie jest. Jak dla mnie role kobiece to także bomba (chociaż, kiedy czytałem inne miałem ich wyobrażenie), sama Masłowska w filmie kapitalna, i jako głos z tła i jako postać, bardziej wyeksponowana tu niż w powieści. Zostanę fanem Marii Strzeleckiej w roli Andżeli.
Krytycy bardzo poważnie podeszli do filmu Żuławskiego, nie dostrzegając, że nie jest to karykatura rzeczywistości, a tym bardziej nie jest to rzeczywistość, lecz prześmiewczy obraz marzeń i pragnień, którego artykulację znajdziemy nie tylko w tekstach piosenek diskopolowych, ale też w setkach blogów pisanych przez nastoletnie satanistki, a także w tysiącach komentarzy do relacji z meczów piłkarskich itd itp. Siłą książki Masłowskiej, a w znacznym stopniu także filmu, jest zwrócenie uwagi na warstwę językową środowiska frustratów wysiadujących pod trzepakiem (obojga płci), na ich myśli, pragnienia, uczucia, a szczególnie wyrażanie uczuć, nie zaś na faktyczne zachowania. To dlatego przemoc w filmie Żuławskiego pokazana jest jak w komiksie. "Wojna polsko-ruska" nie straszy, tym bardziej nie moralizuje, ta książka i film skłaniają do tego by pójść, poznać, posłuchać i zachować dystans, tak jak dystans - niemal reporterski przecież - zachowała sama pisarka, co moim zdaniem jest największym atutem jej powieści.
Komentarze (3) Skomentuj
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | następna >>
AntyRadio - Radio BEZ Zasad
 
Creative
Commons License Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne 2.5 Polska
Analiza oglšdalności witryny © 2007 Biblioteka Analiz Sp. z o.o.
Serwis optymalizowany do 800x600+ | IE/Mozilla FF | kodowanie iso-8859-2