Najbardziej przereklamowana książka 2009 roku. Stan wojenny widziany oczyma małego chłopca jest ponurą baśnią, koszmarem sennym. Jacek Dukaj operuje tak schematycznymi obrazami grudnia 1981 roku, że horror zakrawa o groteskę. Straszno, głucho, ciemno i mały naiwny chłopczyk, który stawia opór siłom zła. Złu brakuje jednak jakiejkolwiek logiki w działaniu, przez co jest nieprzekonujące. A chłopiec-bohater stawia zaskakująco mało pytań. Oczywiście konwencja snu zezwala na przejaskrawienia, na brak logicznego sensu zdarzeń, na brak kontaktu z prawdziwymi uczuciami (strach jest tu tak samo nierzeczywisty jak opresja), w baśni można bawić się w dowolny sposób realiami – tylko po co? Baśń powinna mieć swój morał, a tego u Dukaja brak. Wydaje się, że noc 13 grudnia 1981 roku to jedynie sprytny wybieg autora, marketingowych chwyt dla pozyskania zainteresowania. I to się doskonale udało, zwabił krytyków książką, która bez scenerii stanu wojennego przeszłaby bez echa. Rynkowo świetny zabieg, ale czytelnik ma prawo czuć się rozczarowany. Sama forma narracji przypomina mroczne baśnie Neila Gaimana. Niewątpliwie atutem książki jest dźwiękonaśladowczy język z masą neologizmów, które samym brzmieniem słów przemawiają do wyobraźni. Zgrzyty i warkoty ułożone ze słów kojarzyć muszą się z poezją futurystów, ale są bardzo silnie osadzone w opisywanej rzeczywistości – pełnej złomotów, milipantów, bubeków, szpicli i stalowych suk.