W styczniowym numerze miesięcznika "Notes Wydawniczy" recenzje napisał Grzegorz Sowula. Poniżej zamieszczamy pełny tekst.
"Co dzień gorsza, Romeo, pogoda / i ja jestem codziennie mniej młoda", ostrzegała Julia w piosence Kabaretu Starszych Panów. Facet to zwierzę niezbyt skomplikowane, ale miewa chwile, w których zaczyna marzyć o zmianach. Gruntownych, z odrzuceniem dotychczasowego życia i całkowicie nowym startem. Pierwszy raz pokusa przychodzi po trzydziestce, bo wtedy jeszcze niemal wszystko można; drugi – po pięćdziesiątce, kiedy już niemal niczego nie można. Łukasz Gołębiewski opowiada w swej debiutanckiej powieści o pokusach, strachu przed ich odrzuceniem i – większym – przed zaakceptowaniem.
Wybrał formę tradycyjną i od jakiegoś czasu znów chętnie uprawianą przez prozaików płci męskiej, czyli powieść o miłości. Nie bez racji – właśnie uczucia najbardziej motywują do podejmowania zmian. Głównym bohaterem pisanej w pierwszej osobie powieści jest trzydziestokilkuletni pisarz i krytyk literacki, wielki miłośnik punk rocka, anarchii i seksu, zdeklarowany alkoholik, przy tym hedonista i, co w tej historii kluczowe, samolub.
Fabuła niemal jak z Harlequina: twardy i doświadczony mężczyzna spotyka Tę Jedyną, nie rozpoznaje swego szczęścia i odrzuca je. Kocha jednak cały czas swą Xennę (imię po dawnej punkowej kapeli), gdy więc po latach dostaje od niej kartkę z dalekiego Meksyku, rzuca wszystko i natychmiast leci za ocean. Ale, inaczej niż w typowym Harlequinie, ponownie wyrzeka się miłości, skazując Jedyną i siebie na samotne cierpienia.
Bohater cały czas przekonuje czytelnika, że kłamie, zmyśla, koloryzuje i konfabuluje, są to jednak kłamstwa grubymi nićmi szyte. Książka roi się od typowo samczych marzeń: o samodzielności i niezależności, o odpowiedzialności za partnera i związek, o sławie i powodzeniu, głowie odpornej na alkohol i kobiecie gotowej w każdej chwili na seks. To układanka o zbyt dużej liczbie klocków, coś trzeba odrzucić – i na tym polega problem bohatera: chciałby mieć ciastko i równocześnie zjeść je, jak to ładnie mawiają Anglicy. Żałuje dokonanego wyboru, nie jest go pewny. Prawdę mówiąc, stara się go uniknąć, przerzucając odpowiedzialność na swą ukochaną Xennę, prowokując ją i wymuszając decyzje. Symptomatycznie nawet ostatnią rozgrywkę prowadzi ona – końcowa część książki jest relacją Xenny, czekającej, proszącej, po raz kolejny odrzuconej, przeklinającej go na drogę.
Denerwująca lektura, niewolna od niekonsekwencji – przykładowo, bohater zbyt często podkreśla finansową samodzielność, nawet bogactwo, równie często deklarując, jak to mało waźne i dla niego samego nieistotne. Twierdzi, że nie jest opętany seksem, mnoży jednak opisy grzebania palcem w majtkach czy robienia loda, co w pewnym momencie zaczyna lekko nużyć – wyliczanka przypomina przechwałki, gdzieś w tych powtórzeniach ginie podnieta. Zbyt detaliczne opisanie Meksyku zdradza, że autor bardzo lubi ten kraj – tyle że to nie przewodnik, nie będziemy podróżować śladami Xenny.
Za dużo tu bicia się w cudze piersi, co lekko tym znudzonemu czytelnikowi każe w końcu zapytać: no i jak, chłopie, chcesz temu bałaganowi zaradzić? Bohater daje d… cały czas i nie jest to konsekwencja, za którą należy mu się podziw. Nie wiemy, dlaczego jest takim palantem, nie daje nam żadnej odpowiedzi poza przyznaniem się do egoizmu. Nie wykazuje żadnej chęci poprawy, bo wciąż się boi – czego, skoro podkreśla swą życiową odwagę, umiejętność zarobienia pieniędzy, zadbania o swą kobietę w każdym miejscu i czasie? Woli się jednak użalać nad sobą. Przyznam, że czyni to przekonująco, ale do Bukowskiego (Charlesa, nie Władimira) bardzo mu daleko.
„O moje solo, / życiowe solo! / Najmilszą dla mnie dolą / jest mój solo byt”, bagatelizował przestrogi Julii samolub z innej kabaretowej piosenki. Wypisz-wymaluj, nasz bohater.
Wypisz-wymaluj, to prawda:) choć tylko po części. Bohater balansuje niczym akrobata pomiędzy samotnością i bliskością, pomiędzy prawdą a fałszem, pomiędzy jawą i snem, pomiędzy utratą złudzeń na własny temat a tworzeniem nowych. Chodzenie po linie wymaga jednak wybitnego zmysłu równowagi, którym bohater nie dysponuje, więc co chwila spada na jedną bądź drugą stronę. To prawda, że książka jest jak halucynacja spełniająca wszelkie życzenia, halucynacja dającą schronienie przed lękiem, przemijalnością (świadomością, że "i on jest codziennie mniej młody") doświadczeniem własnej ograniczoności. Z przyjemnością przeczytałam tą recenzję i sądzę, że dobrze oddaje nastrój książki.
Czwartek, 15 Marca, 2007
alfakazamuko@wp.pl ciekawośc świata
nie byłam w Meksyku ale mogę sobie o nim poczytać, podobnie jak nie byłam w opisywanym klubie w Toruniu... Dlaczego chętnie przeczytałam te wstawki? Bo jestem ciekawa świata... Jeśli się czepiać, to jest tam też ciekawostka o żyrafie, że ma słabe serce, nie wiedziałam tego, ale zaciekawiło mnie, pomyślałam, że natura też ma momenty niedopracowania, ale może nie potrzeba mi tego wiedzieć? Jest też opis wałęsających się psów w Meksyku, który sobie wynotowałam, może głupie, ale psy mnie bardzo interesują, a pana krytyka nie muszą. moim zdaniem ta recenzja to takie czepianie się, szukanie dziury w całym, ale i tak najważniejszym recenzentem jest czytelnik i to czy jemu to pasuje czy nie. Czy czuje ten klimat, czy może z tego wziąść coś dla siebie. Przyznam, że do mnie trafił bardzo opis niejakiego Cykora. Taki ślepy zaułek, w który czasem po trudnym związku by się weszło, choć to bez sensu. ktoś kto jest po specyficznych przejściach, z kimś takim by się zwyczajnie zanudził, ale miewa się takie mrzonki :-) Nie wiem czemu ale przypomniała mi się recenzja koncertu kapelki, którą bardzo lubiłam i szanowałam, jaką przeczytałam wieki temu w jakiejś gazecie muzycznej. Pan krytyk bardzo skrytykował ich koncert, dosłownie suchej nitki nie zostawił, poczym wyznał, że na szczęście na tym koncercie nie był... wprawiło mnie to w osłupienie. Ten najwyraźniej książkę przeczytał, męcząc się jednak przy niej i odbijając sobie to potem w recenzji... Cóż nie wszystko się każdemu podoba. Mam na "tapecie" teraz wiersze Brodskiego i jakoś mi nie leżą oraz książkę Hrabala o domu starców, której nie mogę zacząć, choć autora lubię, nawet bardzo :-). Być może, że książka jest dla specyficznej grupy odbiorców, no z pewnościa nie dla osób przywykłych do romansideł, nie żeby pan krytyk takie lubił, ale tak mi się skojarzyło.