Poniższy tekst pochodzi z posłowia do "Xenny", które napisał Krzysztof Masłoń, krytyk literacki związany z "Rzeczpospolitą"
Tę książkę przeczytałem jednym ciągiem, czy – jak się kiedyś mawiało – jednym tchem, choć mało która powieść lat ostatnich tak mnie zezłościła jak właśnie „Xenna moja miłość”.
Obce jest mi w niej... wszystko. Obsceniczne dialogi, politykierskie wtręty, filozofia dla ubogich, sceny pornograficzne, główny bohater, a raczej antybohater, którego nie podobna polubić. Tylko w takim razie… czym mnie „Xenna” uwiodła, co sprawiło, że nie mogłem się oderwać od tego współczesnego „żywotu człowieka niepoczciwego”.
Czytelnik, który przebije się przez pozorną łatwość i kolokwialność rozmów toczonych przez postaci „Xenny”, odkryje dwie bezcenne wartości kryjące się w tej powieści: dążenie do Absolutu, wszystko jedno jak się wyrażającego, i rozpaczliwe wołanie o pomoc, o ratunek: o miłość właśnie.
Bohater Łukasza Gołębiewskiego błaga swoją Xennę o miłość i będzie to czynił jeszcze niejeden raz, będzie żebrał o jej uczucie, by natychmiast je z dziką rozkoszą podeptać. Upadlając się na tej czy na tamtej półkuli, przy takich samych szynkwasach, w towarzystwie takich samych nałogowców i kobiet, które – choćby najpiękniejsze – nigdy nie będą tą jedyną, najukochańszą dziewczyną w koszulce z napisem Discharge poznaną w CDQ na koncercie Deutera. Bo tej dziewczyny nie było nigdy, bo jest ona marzeniem i tęsknotą za tym, co najwspanialsze: młodością, świeżością, naiwnością pierwszych uczuć i pierwszej prawdziwie przeżytej wiary, niezależnie od tego, że przedmiotem tej wiary było łatwe skądinąd do zanegowania stwierdzenie: „Punk’s not dead”.
Świat Łukasza Gołębiewskiego nie jest moim światem, ale nie jest też moim światem świat Charlesa Bukowskiego. A jeden i drugi magnetyzuje mnie, przyciąga, także – a może przede wszystkim – tym, co jest w nich odrażające, brudne i złe. Zło sąsiaduje tu bowiem, ramię w ramię przy kontuarze, z tym, co krystalicznie czyste, piękne i dobre. Jak – i tu autor jest nad wyraz sugestywny – nieistniejąca dziewczyna noszącą imię na pamiątkę nieistniejącej punkowej grupy TZN Xenna.
Niepowtarzalny jest klimat tej powieści, jej atmosfera. I nie chodzi tu wcale o pijackie nastroje... Wcześniej przeczytałem dziesiątki książek przesiąkniętych C2H5OH i nic mi z nich nie pozostało poza utwierdzającym się z roku na rok przekonaniem, że po Lowry’m i Jerofiejewie nic nowego o wódce się nie powie. I choćby Łukasz Gołębiewski wymienił zawartość nie tylko barku swojego bohatera, ale i wszystkich sklepów sieci „Alkohole świata”, zgodzę się z nim w tym jedynie, że gorzka żołądkowa uwielbiana przez wszystkie ekipy telewizyjne z Woronicza, a i osobliwie przez Jerzego Pilcha, „to dno”.
Bohater „Xenny” deklaruje zresztą: „Ja jestem alkoholikiem – mam swoją drogę”, a ja mu nie bardzo wierzę, bo widzę raczej faceta, który opętany jest seksem, a gorzałę ćwiczy niejako przy okazji.
„Nie mam szmergla na punkcie seksu, jestem zwykłym kopulującym do czasu do czasu samcem, ale przyznaję, że na punkcie jej cipki przez pewien czas szalałem” – wyznaje podstarzały osobnik płci męskiej w tej spowiedzi dziecięcia ćwieków. Ale przecież nie dajemy mu wiary ani za grosz, gdyż kłamie jak najęty. I znów, na wszelki wypadek, zabezpiecza się: „Zawsze kłamię – powiada – taka jest moja natura. Kłamstwo jest zrośnięte ze mną, kłamię bez sensu, bez powodu, z przyzwyczajenia. Lubię robić wrażenie, więc zwykle koloryzuję, ale poza tym kłamię jak z nut, wymyślając sobie życiorysy, upodobania, mnożąc byłe żony albo wymyślając imiona kochanek”.
Tak naprawdę tych życiorysów nie ma, bo przede wszystkim nie ma biografii narratora. Nie wiemy, kim jest ten wzięty pisarz, któremu wydaje się, że słuchając kapel punkowych i doszukując się ukrytych głębi w tekstach Włochatego zatrzymuje czas. Nie wiemy, jak się znalazł w danym momencie i miejscu; jeśli odwołuje się do przeszłości, to posługuje się pamięcią zbiorową, wspominając na przykład pierwsze festiwale w Jarocinie. Bywa w tym zresztą niekonsekwentny (lub konsekwentny ponad miarę). Wątpić należy na przykład, czy ma rzeczywiście 48 lat, do których się przyznaje; jest raczej młodszy, wyraźnie gustujący w znacznie, ale to bardzo znacznie młodszych od siebie dziewczynach. Kiedyś wyda z siebie kolejny sequel „Lolity”, na razie napisał „Xennę”.
„...tak sobie wspominam, drogi Czytelniku. Wspominam nasze wyrwane z życia chwile, zwykle żałosne, ale też wariackie, jak ten związek”. A zatem „Xenna” jest, zgodnie z tytułem, powieścią o miłości. Kto chce, niech wierzy. Jest powieścią pornograficzną – na to zgoda, ale o miłości... Bohater idealizuje swoje uczucie, uwzniośla je by po chwili, z sadystyczną satysfakcją, unurzać w błocie.
Skoro nie alkoholem ani nie erotyką porwała mnie ta powieść, to może muzyką, bo od pierwszej do ostatniej strony pulsuje punk rockiem. Pewnie i tak byłoby, gdybym był ładnych parę lat młodszy, ale – niestety – muzyczna rewolucja przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ominęła mnie. Za „swoją” uważam tę wcześniejszą o całą dekadę, a dekada to w dziejach rocka wielkość kosmiczna. Co nie znaczy, bym bez przyjemności przyswajał Patti Smith, choć już słuchanie wymyślonego języka artykułowanego przez Elizabeth Frazer i puszczanie płyt Cocteau Twins jako „pościelówy” przekracza moją wyobraźnię. Do rzeczy jednak. Obezwładniają mnie cytaty z Becky Bondage czy Włochatego („Władza jest zawsze gwałtem na ludziach”), ale rozumiem, że można na całe życie zapamiętać koncert Deutera z 1984 roku. Bo sam nie zapomnę Riedla i Dżemu w strugach wody w Jarocinie, mniej więcej w tym samym czasie.
Książka Łukasza Gołębiewskiego byłaby więc hołdem złożonym na cześć tego wyjątkowego fenomenu, jakim w XX wieku stał się rock’n’roll, a szczególnie punk rock, gdyby nie to, że z bohatera tej powieści też jest taki punk jak, nie przymierzając, z koziej d... trąba. I w swojej pseudoszczerości wcale tego nie ukrywa: „Bo ze mnie taki jest punkowiec, mogę przebrać się w odjazdowe ciuchy, najlepiej kupione na Camden Town w Londynie, ale dupy nie ruszę autobusem...”.
To rozkapryszone dziecię swojej epoki zafałszowuje wszystko, poczynając od języka, jakim się posługuje. Te wszystkie „sorki” i „no co ty”, te „Xenna, please”, slang ze squota rodem, traktowane z namaszczeniem cytaty z Analogs i Zielonych Żabek podparte zdaniami proroków naszej marnej epoki z Noamem Chomsky’m na czele – tworzą razem, o dziwo, szalenie ciekawy konglomerat.
Pisarz, którym jest bohater książki Łukasza Gołębiewskiego, ma wprawdzie czytelników za debili (jak to z ironią podkreśla), sam jednak czyta, i to niemało. Tyle że jego katalog jest dziwnie zawężony do dwudziestowiecznych powieści o miłości (Zweig, Marquez, Styron, Nabokov, Saramago) i książek antyamerykańskich (poza, oczywiście, Chomsky’m mamy tu Vonneguta i „Kryształową granicę” Fuentesa). Skąd ta antyamerykańskość? Jeśli wierzyć narratorowi – a dlaczego wierzyć, skoro przyznaje się, że tak jego życie, jak i „Xenna”, to „schizofreniczny korowód kłamstw” – powoduje nim cyniczna chęć zysku, na koniunkturalizmie antyamerykańskim można wszak nieźle zarobić.
Dystansuje się przy tym od polityki; tylko werbalnie. Nie pomija wojny z Irakiem, przy okazji podróży na Cypr przedstawia w skrócie dzieje konfliktu turecko-greckiego. Meksyk, dokąd się wybrał niczym Konsul z „Pod wulkanem”, też ukazuje pod jego piórem swą ciekawą zresztą historię i prehistorię. Trzyma jednak fason: „...praca, pieniądze, ambicje, kredyty, polityka, żona, kochanka, bachory – to nie są tematy, które mnie pasjonują”. Zaraz, zaraz – nie wymienia ekonomii, a uważny czytelnik nie przegapi zarówno powoływania się na Josepha E. Stiglitza, jak i wynurzeń rockowych idoli, którzy dochodzą do pozornie sprzecznych wniosków, że „tylko forsa liczy się” i „pieniędzy nie można jeść”. Także bohater „Xenny” ma w tej materii co nieco do powiedzenia, mianowicie orzeka, że symbolem naszych czasów jest prostytucja: „Jeśli jesteś pracodawcą – kupujesz ludzkie dusze, oddają ci je dobrowolnie w zamian za comiesięczną wypłatę. Jeśli jesteś pracownikiem, kurwisz się każdego dnia”.
Pajac pozujący na Iggy Popa (jak sam siebie określa bohater) kreuje się na życiowego farciarza, któremu wszystko się udaje – z wyjątkiem miłości. A tej ostatniej szuka z samozaparciem godnym lepszej sprawy, zdając czytelnikom relację a to z romansu z Małgosią, a to z Agatą, to znów z portugalską Kłaudią Chauchat – czyli Amalią o literackim nazwisku Camoes. I za każdym razem stwierdza, że kudy im wszystkim do jego ukochanej i odtrąconej Xenny. Złośliwie bym powiedział, że Robert Gawliński rzecz ujął krócej i wdzięczniej, śpiewając: „Baśka miała fajny biust”.
Przymiotnik „fajny”, brzmiący dziś nieco archaicznie a jakże mile dla ucha, nie wziął się znikąd. „...czytelnik tych zapisków może odnieść wrażenie, że w moim życiu seks zajmuje szczególne miejsce, ale nie jest to prawdą” – łże w żywe oczy narrator. „Po prostu większość tego, co robiłem przez ostatnich osiemnaście lat, nie zasługuje na wspomnienie. Codzienność zwykle wypełniają rutynowe czynności – praca, czytanie książek, nic nie znaczące rozmowy, posiłki i tak dalej, a fajne są tylko pijaństwa, błazeństwa i seks. Piszę zatem o tym, co fajne”.
Co fajne dla nadawcy, niekoniecznie musi być fajne dla adresata. Na pewno oczekuje on od literatury czegoś więcej niż odkryć w rodzaju: „Seks jest jak podróże, za każdym razem, gdy dobijamy do nowego portu, czeka nas coś niezwykłego”. No tak, ale zdania wyrwane z kontekstu książek Umberta Eco także wywołują, powiedzmy, mieszane uczucia. A wspanialszego łgarza nad jego Baudolina próżnoby szukać wśród dzieł literatury współczesnej. Czyż zresztą cała literatura nie jest jednym wielkim fałszem, grą pozorów, mniej lub bardziej piękną ułudą?
Kończąc „Xennę” pewny byłem jednego: żałowałem, że ta historia już się skończyła. Chciałem bowiem jeszcze podenerwować się, pozłościć, dać upust swemu obrzydzeniu, a nawet wstrętowi... I zanurzyć się kolejny raz w świecie, który powstał na pograniczu marzeń i realności, autorskiej wyobraźni i znajomości życia, także – a może nade wszystko – jego ciemnej strony, tej najbardziej interesującej. Tej fascynującej.