To już druga powieść Łukasza Gołębiewskiego, i druga, w której z czytelnikiem spotykają się ci sami bohaterowie – on, ona, alkohol, seks i punk rock. Tego ostatniego w „Melanżach…” jakby mniej, za to wódka (głównie bols) i inne trunki leja się z obfitością Wodospadu Wiktorii. Po romantycznej do pewnego stopnia „Xennie” (2007) czas zatem przyszedł na książkę, w której romantyzmu znacznie mniej, za to więcej upodlenia i degeneracji. „Bo też – czytamy na okładce – obydwoje [bohaterowie] perwersyjnie szukają miłości idealnej, wszechzaspokajającej”. Rzeczeni to dziewiętnastoletnia Żyletka i 34-letni… pisarz. Jeśli chodzi o mężczyznę, powtarza się historia opisana w „Xennie”, która – nawiasem mówiąc – nie raz w „Melanżach” jest przywoływana. Błyskotliwie zatem bawi się z nami autor, każąc nam snuć domysły, gdzie przebiega różnica między nim samym a wykreowanymi przez siebie postaciami. Czy alter ego Gołębiewskiego to facet z „Xenny”, z „Melanży”, czy żaden z nich, jak zapewnia.
W ogóle „Melanże”, choć z mniej zajmującą fabułą, wydają się utworem lepszym formalnie. Widać, że autor po prostu krzepnie, a językowe niezręczności zdarzają mu się rzadziej, choć są… („na miejsce dojedziemy spóźnieni, ale punktualność nie jest najważniejsza, gdy mój członek ślizga się w jej ustach”). Sporo tu dialogów, w których układaniu Gołębiewski osiąga natomiast dużą sprawność. Czyżby plany ekranizacji?
Czytając „Melanże” nie sposób nie przywoływać w pamięci słynnej powieści Nabokova. Choć pomimo wszystko więcej między nimi różnic niż podobieństw, sam Gołębiewski o bohaterce wspomina słowami jej partnera: „Moja mała Lolita”. Na tyle jednak mała, że zdumiewają – by nie powiedzieć, irytują – opisy pijackich libacji, w których pierwsze skrzypce gra zamroczona alkoholem smarkula, która „chce być taką dziewczyną, jak te cuchnące wódką i tanimi papierosami pijaczki, bez przyszłości, ale za to z jaką historią życia”.
Zatracają się zatem oboje, jego zaś dopadają po czasie refleksje, że „degrengolada postępowała niepostrzeżenie” i że „źle było od początku”. Czemu specjalnie nie starał się zaradzić. Bo też i „łatwiej było kupić kolejną butelkę bolsa niż cokolwiek tłumaczyć”. Ot, menelska moralność.
|